Przepraszam. Straciłam wenę do tego opowiadania. Zamieszam je na czas nieokreślony.
Jeśli komuś spodobał się mój blog, tym bardziej mi przykro.
Założyłam go za szybko, nie była to przemyślana decyzja.
Może kiedyś wrócę, nie wiem.
Jeszcze raz przepraszam.
Tymczasem zapraszam Was na mojego nowego bloga:
pansy-parkinson-po-drugiej-stronie.blogspot.com
Ukazał się na nim właśnie prolog. Była to historia, którą od początku miałam zamiar napisać, zdecydowałam się jednak na Dramione, gdyż tego jest dużo i mniejsza strata.
Mam jednak nadzieję, że nowy blog spodoba się Wam, zapraszam do czytania i komentowania.
Oczywiście wciąż będę odwiedzać Wasze blogi, odchodzę od tej historii, nie z blogosfery.
Pozdrawiam i całuję,
Lilly.
Dramione - właśnie Tobie zawdzięczam życie
niedziela, 10 listopada 2013
niedziela, 27 października 2013
Rozdział czwarty
Rozdział miał się pojawić w przyszłym tygodniu, ale udało mi się go napisać już dzisiaj i muszę przyznać, że wyszedł mi dość długi, więc jako tako jestem z niego zadowolona. Póki co nie ma tu jeszcze jakiejś wielkiej akcji, ale to dopiero rozdział czwarty, pierwszy dzień nowego roku w Hogwarcie, i chcę wprowadzić już większość bohaterów. Obiecuję, że coś zacznie się dziać w okolicach rozdziału szóstego - siódmego. Jak już przebrniemy przez ten wstęp, powinno być coraz lepiej.
Nie wiem jeszcze, na kiedy wyrobię się z nowym rozdziałem, bo w tym tygodniu mam w szkole po prostu urwanie głowy (klasówki z geografii, fizyki i niemieckiego - sama czarna magia). Dlatego zostawiam Was z dość długim rozdziałem i mam nadzieję, że się spodoba :)
PROSZĘ, CZYTACIE - ZOSTAWCIE PO SOBIE JAKIŚ ŚLAD. TO JEST DLA MNIE WAŻNE, BO WIEM CZY WARTO WOGÓLE PISAĆ.
Bardzo dziękuję alokin999, której bardzo miłe komentarze pozytywnie wpłynęły na moją wenę ;3
Coś tak dużo mi to dziś zajęło, więc nie przedłużając, zapraszam do czytania :)
~~~~~~
Nie wiem jeszcze, na kiedy wyrobię się z nowym rozdziałem, bo w tym tygodniu mam w szkole po prostu urwanie głowy (klasówki z geografii, fizyki i niemieckiego - sama czarna magia). Dlatego zostawiam Was z dość długim rozdziałem i mam nadzieję, że się spodoba :)
PROSZĘ, CZYTACIE - ZOSTAWCIE PO SOBIE JAKIŚ ŚLAD. TO JEST DLA MNIE WAŻNE, BO WIEM CZY WARTO WOGÓLE PISAĆ.
Bardzo dziękuję alokin999, której bardzo miłe komentarze pozytywnie wpłynęły na moją wenę ;3
Coś tak dużo mi to dziś zajęło, więc nie przedłużając, zapraszam do czytania :)
~~~~~~
Profesor McGonagall przybyła punktualnie pod salę
transmutacji. Wpuściła uczniów siódmego roku do środka, aby zajęli miejsca.
Hermiona usiadła między Harry’m i Ronem w pierwszej ławce. Wyjęła z torby
podręcznik i czekała na rozpoczęcie lekcji.
- Witam na pierwszych w tym roku zajęciach transmutacji. –
zaczęła McGonagall. – Mam przyjemność uczyć krukonów i gryfonów razem, mam więc
nadzieję że obędzie się bez zbędnych kłótni. Jako że będziemy przygotowywać się
do owutemów, od razu zaczniemy powtórkę materiału. Dobrze, kto więc przypomni,
jakie działanie ma zaklęcie Duro?
Nikt się nie zdziwił, że ręka Hermiony wystrzeliła w górę.
Nie była jednak jedyna. Zgłosił się także pewien ciemnowłosy krukon.
- Słucham, panie Moon?
- Zaklęcie to zamienia przedmioty w kamień – odpowiedział
chłopak. Miał przyjemny, ciepły głos.
- Bardzo dobrze, pięć punktów dla Ravenclawu. – nauczycielka
uśmiechnęła się lekko. – Dzisiaj zajmiemy się tym właśnie zaklęciem. Panie
Corner, proszę rozdać po klasie tamte włóczki. Waszym zadaniem będzie
oczywiście przemienić je w kamień.
Kiedy tylko Hermiona dostała swoją włóczkę, rzuciła
zaklęcie. Wyszło jej za pierwszym razem. Rozejrzała się po klasie. Harry
szeptał pod nosem jakieś formułki, czego jedynym rezultatem były ciągłe zmiany
koloru włóczki. Ron natomiast miał minę, jakby zapomniał do czego służy
różdżka. Mimo że było to dość łatwe zaklęcie, i przerabiali je dość dawno,
większość klasy miała przed sobą wciąż kłębki, choć niektóre były już w innym
kolorze, pocięte na kawałki, porozrzucane po podłodze, a z jednej nawet się
dymiło. Wzrok gryfonki zatrzymał się na owym krukonie, który wcześniej
odpowiedział na pytanie nauczycielki. Jako jeden z nielicznych wykonał już
poprawnie zadanie. Hermiona mogła się założyć, że nigdy wcześniej go nie
widziała. Musiała jednak przyznać, że był przystojny. Kasztanowe włosy,
opadające mu na twarz, odcinały się od jego jasnej cery, zgrabny nos i wąskie
usta tylko dodawały mu urody. Był szczupły, ale nie chudy. Nagle chłopak
odwrócił się w stronę brązowowłosej. Miał ładne, duże orzechowe oczy, w których
błyszczały iskierki zaciekawienia. Miona, przyłapana na przyglądaniu mu się,
natychmiast odwróciła się i rumieniąc się, wbiła wzrok w swoją kamienną
włóczkę.
- Panna Granger jak zwykle prawidłowo wykonała moje zadanie
– rozległ się głos profesor McGonagall. – Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Panna Patil i pan Moon także przemienili już wełnę w kamień. Dwadzieścia
punktów dla Ravenclawu.
Hermiona kątem oka zauważyła szeroki uśmiech na twarzy
Padmy, a także błysk satysfakcji w oczach Moon’a. Zaintrygował ją ten chłopak.
Gdyby tylko znała osobę, która wie wszystko o wszystkich… Zaraz, zaraz jest taka osoba!, w jej głowie zaświtała pewna myśl. Pansy.
Dwójka ślizgonów stała pod salą eliksirów i zawzięcie
dyskutowała.
- Smoku, nie rozumiem, dlaczego ty ich tak traktujesz? –
czarnoskóry chłopak, Blaise Zabini, potwierdzał swoje słowa zdziwioną miną. –
Co oni ci zrobili?
- To są gryfoni, Diable – Draco Malfoy podnosił głos. –
Gryfoni! Czy to nie jest jasne?
- Draco, Draco, Draco – Zabini był wyraźnie zawiedziony
postawą kumpla. – Gryfoni, tak? I ty musisz ich nienawidzić z zasady, prawda?
Stary, te czasy się już dawno skończyły…
- Chyba nie powiesz mi że mam lubić Pottera? – przerwał mu
wściekły blondyn. – Tego całego Wybrańca, wybawcę naszego świata! Albo tych
zdrajców krwi, Weasleyów!
- Czyli wszystko tak naprawdę sprowadza się do Pottera, tak?
– Blaise zignorował słowa o rodzinie rudzielców. – On jest gryfonem, zdrajcą
krwi też byś go pewnie nazwał…
- Zabini! – ryknął wściekły Malfoy, przerywając
przyjacielowi. – Tu nie chodzi o Pottera! Nie chodzi już nawet o czystość krwi!
- A Granger? – spytał cicho ciemnoskóry.
- Co Granger? – blondyn był wyraźnie zbity z tropu.
- Dlaczego jej tak nienawidzisz?
- Jest szlamą!
- Sam mówiłeś, że nie chodzi tu o czystość krwi…
- Bo nie chodzi!
- To o co?! – Blaise również zaczął krzyczeć. – Co ona ci
zrobiła?! Nic! Rozumiem, że przez
Pottera miałeś mnóstwo kłopotów, a Łasic to idiota! Ale ona?
- Przecież to Granger!
- I tylko o to chodzi?
- Zabini, posłuchaj… - warknął rozwścieczony Malfoy.
- Nie, to ty posłuchaj! – czarnoskóremu puściły nerwy. –
Mówisz, że nie chcesz być taki jak ojciec! A co właśnie robisz?! Jesteś taki
sam jak on!
- Doigrałeś się Zabini! – ryknął blondyn.
- Przykro mi, Draco – wysyczał Blaise. – Ale ty nie możesz
mi nic zrobić, nawet gdybyś chciał, a wiem że to nie prawda, bo masz
świadomość, że nie kłamię. Jak już zrozumiesz swój błąd, może być jednak za
późno.
Po tych słowach odwrócił się ostentacyjnie i odszedł. Draco
patrzył za nim w szoku. Nie wiedział, o jaki błąd chodziło jego przyjacielowi.
Nie spodziewał się też po nim takiego zachowania. W normalnych warunkach
zaczęli by się rzucać najróżniejszym zaklęciami, a tu proszę, taka
niespodzianka! Blaise po prostu odpuścił i zostawił blondyna z myślami.
- Pieprzony Zabini – warknął w końcu i poszedł w stronę
toalet ochłonąć.
Ślizgoni nie wiedzieli, że kłótnię słyszała także
brązowowłosa gryfonka.
Hermiona stała wpatrzona w miejsce, gdzie jeszcze przed
chwilą stali ślizgoni. Była w szoku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Zabini ją
bronił. Nigdy przecież nawet z nią nie rozmawiał. Jej rozmyślania przerwało
pojawienie się Severusa Snape’a. Ubrany tradycyjnie w swą czarną szatę, wpuścił
uczniów do klasy.
Sala zmieniła się od czasów nauczania Slughorna, albo
inaczej, powróciła do wcześniejszych klimatów. Zimna i ponura, nie napawała
uczniów optymizmem. Typowe lochy,
pomyślała Hermiona, przekraczając jej próg. Nim zdążyła zająć którekolwiek
miejsce, Mistrz Eliksirów zabrał głos.
- Proszę dobrać się w trzyosobowe zespoły, będziecie w nich
pracować do końca roku – powiedział chłodno.
Panna Granger zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciół. Już
dostrzegła rudą czuprynę Rona, gdy ktoś ją zawołał.
- Hermiona – w jej stronę szła Pansy Parkinson. – Będziemy w
jednej grupie?
Przez zamieszanie na korytarzu, brązowowłosa zupełnie
zapomniała, że miała porozmawiać ze ślizgonką.
- Pewnie – uśmiechnęła się. – Chodźmy zająć miejsce.
Usiadły przy kociołku na samym końcu sali. Gryfonka
rozejrzała się. Harry i Ron siedzieli na samym początku wraz z Deanem Thomasem,
a rudowłosy rzucał jej spojrzenia pełne wyrzutów. Obok dziewczyn usiedli
ślizgoni: Zabini, Crabbe i Goyle. Hermiona, która poczuła przejaw sympatii do
tego ciemnoskórego ślizgona, współczuła mu towarzystwa takich bez mózgów. Do
niej i do Pansy nikt się nie dosiadł. Były jednak jedynymi osobami, które nie
miały w grupie trzech osób, nie bały się więc, że Snape je rozsadzi. Brązowowłosa
uśmiechnęła się pod nosem na myśl o spokojnej rozmowie ze ślizgonką, lecz po
chwili mina jej zrzedła. Zrozumiała, kogo nie było jeszcze w klasie. Dracona
Malfoya.
Blondwłosy Ślizgon stał przed lustrem w męskiej toalecie.
Był wściekły na przyjaciela. Nie dlatego, że na niego nawrzeszczał, tylko
dlatego, że jego słowa go zraniły. Osiągnąłeś
swój cel, Zabini, pomyślał. Rzeczywiście zdał sobie sprawę, że zachowywał
się jak ojciec. Nienawidził Lucjusza z całego serca. Po tym co zrobił własnej
rodzinie. Nie chciał być taki jak on. Ale
tak się zachowujesz, Draco, szepnął mu głosik w podświadomości. Miał rację.
Bez powodu nienawidził niewinne osoby. Chociaż Potter i Weasley to idioci.
Jednak co tak naprawdę zrobiła mu Granger? Jedynie urodziła się wśród mugoli, a
przecież nie miała na to wpływu.
Draco przemył twarz zimną wodą. Już wiedział co powinien
zrobić. Jak zachować się, aby pokazać wszystkim, że nie jest potworem, takim
jakim był jego ojciec. Z tą myślą wyszedł z łazienki. Skierował się prosto do
Sali eliksirów. Nie chciał mieć zaległości już pierwszego dnia. Co prawda był
spóźniony, ale w końcu Snape i tak nie odejmie ślizgonom punktów. Otworzył
drzwi bez pukania. Widać przerwał Mistrzowi Eliksirów w pół słowa. Mówi się
trudno.
- Kogo my tu mamy… - rzekł Snape jadowitym głosem. – Pan
Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia
punktów.
Wśród ślizgonów rozległ się jęk zawodu. Wszyscy popatrzyli
na Dracona z wyrzutem. On sam za to patrzył z niedowierzaniem na opiekuna swojego
domu. Pierwszy raz potraktował ślizgona na równi z gryfonami, ba, nawet gorzej
od nich. To było zdecydowanie podejrzane.
- Nie wytrzeszczaj tak na mnie oczu, jakbyś zobaczył, że
rozdają za darmo miotły – powiedział. Raczej
szampon, mruknął pod nosem Malfoy. – I mamrocz tak, jak do ciebie mówię.
Kolejne minus pięć punktów dla domu za brak szacunku do nauczyciela. A teraz
siadaj. Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce.
Snape właśnie zaczynał tłumaczyć zadanie na dziś, kiedy do
Sali wszedł Malfoy. Ten arogancki
uśmieszek to ma już chyba przyklejony do twarzy, pomyślała Hermiona.
Wiedziała, że spóźnienie i tak mu się upiecze, jak każdemu ślizgonowi. Modliła
się w duchu, żeby Snape nie zauważył jednak wolnego miejsca u niej i Pansy. Nie
chodziło już o możliwość rozmowy z czarnowłosą. Miona nie miała zamiaru wciąż
słuchać obelg ślizgona.
- Kogo my tu mamy… - Snape był chyba nie w humorze. – Pan
Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia
punktów.
Ślizgoni wydali z siebie jęk zawodu. Gryfoni natomiast
popatrzyli na Mistrza Eliksirów z niedowierzaniem.
- A to się Nietoperz wkurzył – mruknęła do Hermiony Pansy. –
Chociaż akurat Malfoy’owi się należy.
Gryfonka uśmiechnęła się pod nosem na te słowa. Widać
ślizgoni nie są tak solidarni, jakby się wydawało.
- Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce. –
zakończył Snape.
Hermiona jęknęła cicho widząc zbliżającego się Malfoya. Jak
widać, jej prośby na nic się nie zdały. Blondyn przyjrzał się im z
zaciekawieniem. Najwyraźniej wciąż nie mógł zrozumieć, że ona i Pansy potrafią
się dogadać. Chłopak usiadł po drugiej stronie gryfonki. Odrzucił swoje
tlenione włosy z twarzy i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku. Hermiona
natychmiast odwróciła wzrok i wsłuchała się w słowa Snape’a.
- Więc jak mówiłem, będziecie dziś przyrządzać veritaserum. Jak
poprawnie wyjaśnił pan Potter, jest to eliksir prawdy. Jedna kropla wystarcza
abyście wyśpiewali wszystko jak na spowiedzi. A więc do dzieła. Instrukcję
przyrządzenia znajdziecie na stronie trzydziestej drugiej.
Hermiona otworzyła podręcznik na odpowiedniej stronie i
wyczytała na głos listę składników.
- Draco, idź po nie – wydała polecenie Parkinson. Blondyn
chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna uciszyła go gestem. Z naburmuszoną miną
wstał i powlekł się w stronę szafek ze składnikami. – Hermiona, jak ci zleciała
pierwsza lekcja?
- W porządku, McGonagall kazała nam ćwiczyć proste zaklęcie.
– gryfonka uśmiechnęła się. Doszła do wniosku, że nieobecność Malfoya jest
idealnym czasem na rozmowę. – Słuchaj, Pansy… Mam do ciebie pytanie. Wiesz może
coś o krukonie o nazwisku Moon?
Ślizgonka uśmiechnęła się przebiegle pod nosem.
- A co, spodobał ci się?
- Nie! – brązowowłosa zaprzeczyła szybko, na co Pansy
jedynie się zaśmiała. – Po prostu rzucił mi się w oczy na transmutacji, a nie
mogę sobie przypomnieć, bym go wcześniej widziała.
- Bo raczej nie mogłaś zobaczyć – Pansy zamyśliła się. –
Sama wiem o nim niewiele. Ma na imię Alex i jest z arystokratycznej rodziny.
Chyba że chodzi o jakiś innych Moon’ów. Jest w Hogwarcie pierwszy raz, nikt nie
wie dlaczego przyjęli go dopiero na siódmy rok. Podobno Tiara przydzieliła go
do Ravenclawu jeszcze pod koniec wakacji. Dziewczyny w dormitorium ciągle o nim
gadały. Widziałam go jedynie wczoraj na kolacji, muszę przyznać, że jest na
czym oko zawiesić.
- Mówicie o mnie? – dziewczyny nie zauważyły powrotu
Malfoya. – Wiem, że jestem wyjątkowo przystojny, ale nie musicie szeptać o mnie
podczas mojej nieobecności.
Miona spojrzała na niego pobłażliwie.
- Ktoś ma tu chyba zbyt wysokie mniemanie o sobie –
warknęła, a Pansy zachichotała.
Zaczęli pracować w skupieniu. Hermionie przypomniała się kłótnia
usłyszana na korytarzu. Zdziwiła się, że ślizgon jeszcze jej nie obraził.
Przecież sam powiedział, że jest tylko szlamą.
- Granger, to nie tak – spokój nie mógł trwać za długo. –
Źle to kroisz. Dawaj ten nóż, bo jeszcze utniesz sobie palce.
- Oj, Malfoy, jeszcze pomyślę, że się martwisz. – sarknęła
Miona.
- Martwić? O ciebie? – Draco zaśmiał się. – Dobry żart. Że
niby ja miałbym się martwić o jakąś szla… gryfonkę.
Hermiona spojrzała na blondyna zaskoczona. Ponad jego
ramieniem natrafiła na wzrok Zabiniego. Ciemnoskóry uśmiechał się triumfująco.
- Czyżbym dobrze usłyszała? – ciszę przerwała Pansy. – Draco
Malfoy, arystokrata, nie potrafi nazwać kogoś szlamą?
- Za to tobie, Parkinson, coś za łatwo to przychodzi jak na taką przyjaciółkę Granger
– warknął na nią Draco.
- Cisza! – tuż obok nich pojawił się nagle Severus Snape. –
Minus dziesięć punktów dla Slytherinu i Gryffindoru za rozmowy na moich
lekcjach. Eliksir też wam nie wyszedł. Nie potraficie czytać ze zrozumieniem.
Już nawet Longbootom uwarzył to lepiej od was.
Po tych słowach odszedł, łopocząc swoją czarną szatą.
Hermiona posłała Malfoy’owi jadowite spojrzenie, po czym z obrażoną miną
zaczęła czytać od nowa przepis na veritaserum. Żadne z tej trójki nie odezwało
się już do końca lekcji.
wtorek, 22 października 2013
Rozdział trzeci
Notka bardzo krótka, wiem, planowałam dłuższą, ale niestety szkoła nie odpuszcza :c Publikuję więc ten "kawałek" rozdziału, żeby nikt nie pomyślał, że już na samym początku opuszczam bloga. Po prostu nie mam aktualnie za bardzo czasu na pisanie, może w weekend me się uda :) Z góry uprzedzam, że rozdziały będą pojawiały się raczej nieregularnie.
Dziękuję bardzo za komentarze pod ostatnią notką, szczególnie one zmotywowały mnie bym dodała to "coś" :)
Zapraszam do czytania!
~~~~
Hermionę obudziły ciepłe promienie słońca, łaskoczące ją po nosie. Powoli podniosła się i przeciągnęła. Ładna pogoda za oknem pozotywnie wpływała na jej samopoczucie i nawet wspomnienie wczorajszej kłótni z Ronem nie zepsuło jej humoru. Gryfonka zerknęła na zegarek. Właśnie minęła ósma. Spojrzała na łóżko swojej współlokatorki. Ginny wciąż spała. Miona uśmiechnęła się i poszła do łazienki. Przynajmniej mogę się spokojnie przygotować, pomyślała. Wzięła szybki prysznic, który ostatecznie ją rozbudził. Następnie umyła zęby i rozczesała włosy. Wychodząc z łazienki, uśmiechnęła się do swego odbicia.
Hermiona weszła do dormitorium. Ruda wciąż spała.
- Obudź się, Gin. – powiedziała, potrząsając ramieniem przyjaciółki.
- Pobudka, Ginny! – gryfonka podniosła głos, ale i to nie podziałało.
W końcu z westchnięniem wzięła z półki swoją różdżkę.
-Aquamenti. – wyszeptała i ze śmiechem obserwowała reakcję przyjaciółki.
Z jej różdżki wylał się strumień zimnej wody i trafił prosto w twarz Rudej. Ta, gwałtownie obudzona, aż podskoczyła z krzykiem, i natychmiast znalazła się w pozycji siedzącej. Zdezorientowana rozejrzała się po pokoju. Dopiero po paru chwilach dostrzegła roześmianą Hermionę z różdżką w ręku.
- I co się śmiejesz? – warknęła Ginny, ale po chwili sama zaczęła się śmiać. – Masz rację, musiałam wyglądać naprawdę zabawnie.
Śmiały się jeszcze kilka chwil, po czym Ruda spojrzała na zegarek.
- Nie wierzę, za kwadrans śniadanie! – wykrzyknęła i pognała do łazienki.
Hermiona w tym czasie postanowiła się ubrać. Wyjęła z szafy zwykły biały top i ciemne rurki, a na to wszystko zarzuciła szatę uczniowską z wyszytym na piersi lwem. Po chwili z łazienki wybiegła Ruda, założyła na siebie to, co jej wpadło w ręce i już zmierzała w kierunku dzrzwi.
- Zaczekaj! – zawołała za nią Hermiona. – Masz dwie różne skarpetki i bluzkę na lewą stronę.
Ginny zatrzymała się wpół kroku i obejrzała w wiszącym nad toaletką lusterku.
- No nie – westchnęła. – Chyba to nie jest mój szczęśliwy dzień.
Natychmiast się przebrała, po czym obie gryfonki ruszyły w stronę Wielkiej Sali.
- Jak się cieszę, że mam już za sobą sumy, a owutemy dopiero za rok – uśmiechnęła się Ruda. – Nie muszę się na razie martwić nauką, tylko odpocząć po wojnie.
- Ja niestety nie mam tak dobrze – westchnęła Hermiona. – Po lekcjach chyba pójdę do biblioteki.
- Daj spokój, Miona. Przecież wczoraj dopiero przyjechałyśmy do Hogwartu!
- Każdy dzień jest ważny, jeżeli chce się zdać owutemy z dobrym wynikiem – odparła pouczającym tonem prefekt naczelna gryffindoru.
- I tak dostaniesz same wybitne – wymamrotała pod nosem Ginny, wchodząc do Wielkiej Sali.
Przyjaciółki usiadły na ławie przy stole gryffindoru. Hermiona smarowała swojego tosta dżemem, kiedy obok niej zajął miejsce Ron.
- Mionka, ja przepraszam. – wyszeptał smutno. – Nie chciałem cię urazić. Po prostu wkurzyło mnie, że weszłaś do Sali z Mopsicą… to znaczy z Parkinson – natychmiast się poprawił, widząc surowe spojrzenie gryfonki. – I to na dodatek najwyraźniej pogodziłyście się za sobą. Po prostu bałem się, że zaraz po Mo… Parkinson, będziesz chodziła za rękę z Malfoyem – ostatnie słowa wypowiedział z taką odrazą, że pewnie z trudem przeszły mu przez gardło.
Brązowowlosa jeszcze dłuższą chwilę przyglądała się rudzielcowi, ale gdy stwierdziła, że nie powie on nic więcej, postanowiła zabrać głos.
- W porządku, Ron –westchnęla. – Naprawdę nie mam ochoty się z tobą kłócić – uśmiechnęła się. - Ale tego Malfoya mogłeś sobie darować.
Ron także się uśmiechnął. Reszta śniadania upłynęła gryfonom na przyjemnej pogawędce oraz jedzeniu. Wszyscy byli w radosnych nastrojach, w czym niemałą zasługę miała pogoda. Tylko Snape w swojej zwykłej czarnej szacie był chyba jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Właśnie jego osoba przypomniała Hermionie, że miała zamiar porozmawiać z Wybrańcem.
- Harry – na te słowa siedzący obok Ginny czarnowłosy okularnik odwrócił się w stronę wołającej go gryfonki. – Jak to się stało, że Snape żyje? Przecież widziałeś jego śmierć…
Czarnowłosy wzruszył ramionami.
- Ostatkiem sił oddał mi swoje wspomnienia – zamyślił się. – Te ukąszenia były dość poważne, a do tego jadowite. Nie jestem magomedykiem, ale wydawało mi się, że są śmiertelne. Poza tym Snape zamknął oczy i przestał oddychać. Wydało mi się oczywiste, że nie żyje.
- Może ktoś go odnalazł, jak stamtąd odeszliśmy, choć to mało prawdopodobne. – zastanawiała się głośno Hermiona. – Zresztą ty też umarłeś, ale wróciłeś…
- To było co innego – zaprzeczył Harry. – Voldemort zabił mnie, a właściwie znajdującego się we mnie horkruksa, Avadą, i miałem możliwość powrotu, a Snape’a ukąsiła Nagini.
Ich rozmowę przerwało przybycie McGonagall.
- Oto wasze plany lekcji. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć do nich żadnych uwag. – oznajmiła surowo, wręczając każdemu do ręki kartkę.
Hermiona spojrzała na swój plan. Najpierw transmutacja z krukonami, potem dwie godziny eliksirów i obrona przed czarną magią ze ślizgonami. Mogło być gorzej. Gryfonka podniosła wzrok akurat wtedy, gdy naprzeciwko niej przechodziła Pansy Parkinson.
- Cześć, Hermiona – ślizgonka uśmiechnęła się i zatrzymała przy stole gryfonów. – Do zobaczenia na eliksirach.
Brązowowłosa także się uśmiechnęła. Kątem oka zerknęła na stół ślizgonów. Koleżanki Pansy miały bardzo niezadowolone miny, Malfoy wyglądał na szczerze zaskoczonego, a Blaise śmiał się, patrząc na blondyna.
Kiedy Pansy odeszła, Ron spojrzał na Hermionę.
- A więc już jesteście po imieniu – warknął nieprzyjemnie, ale po chwili się opanował. – W porządku – dodał już spokojniej. – Tak poza tym, musimy porozmawiać. Może po lunchu na błoniach?
- Dobrze – powiedziała gryfonka. Była zaintrygowana, ale postanowiła o nic nie pytać. W końcu i tak dowie się, o co chodzi rudzielcowi.
- Tak, wiem, że przyjemnie sobie rozmawiacie – nagle za nimi stanął Harry. – Ale chyba nie chcecie spóźnić się na pierwszą w roku lekcję, do tego z dyrektorką.
Po tych słowach i pożegnaniu się z Ginny, trójka przyjaciół ruszyła na zajęcia transmutacji.
Dziękuję bardzo za komentarze pod ostatnią notką, szczególnie one zmotywowały mnie bym dodała to "coś" :)
Zapraszam do czytania!
~~~~
Hermionę obudziły ciepłe promienie słońca, łaskoczące ją po nosie. Powoli podniosła się i przeciągnęła. Ładna pogoda za oknem pozotywnie wpływała na jej samopoczucie i nawet wspomnienie wczorajszej kłótni z Ronem nie zepsuło jej humoru. Gryfonka zerknęła na zegarek. Właśnie minęła ósma. Spojrzała na łóżko swojej współlokatorki. Ginny wciąż spała. Miona uśmiechnęła się i poszła do łazienki. Przynajmniej mogę się spokojnie przygotować, pomyślała. Wzięła szybki prysznic, który ostatecznie ją rozbudził. Następnie umyła zęby i rozczesała włosy. Wychodząc z łazienki, uśmiechnęła się do swego odbicia.
Hermiona weszła do dormitorium. Ruda wciąż spała.
- Obudź się, Gin. – powiedziała, potrząsając ramieniem przyjaciółki.
- Pobudka, Ginny! – gryfonka podniosła głos, ale i to nie podziałało.
W końcu z westchnięniem wzięła z półki swoją różdżkę.
-Aquamenti. – wyszeptała i ze śmiechem obserwowała reakcję przyjaciółki.
Z jej różdżki wylał się strumień zimnej wody i trafił prosto w twarz Rudej. Ta, gwałtownie obudzona, aż podskoczyła z krzykiem, i natychmiast znalazła się w pozycji siedzącej. Zdezorientowana rozejrzała się po pokoju. Dopiero po paru chwilach dostrzegła roześmianą Hermionę z różdżką w ręku.
- I co się śmiejesz? – warknęła Ginny, ale po chwili sama zaczęła się śmiać. – Masz rację, musiałam wyglądać naprawdę zabawnie.
Śmiały się jeszcze kilka chwil, po czym Ruda spojrzała na zegarek.
- Nie wierzę, za kwadrans śniadanie! – wykrzyknęła i pognała do łazienki.
Hermiona w tym czasie postanowiła się ubrać. Wyjęła z szafy zwykły biały top i ciemne rurki, a na to wszystko zarzuciła szatę uczniowską z wyszytym na piersi lwem. Po chwili z łazienki wybiegła Ruda, założyła na siebie to, co jej wpadło w ręce i już zmierzała w kierunku dzrzwi.
- Zaczekaj! – zawołała za nią Hermiona. – Masz dwie różne skarpetki i bluzkę na lewą stronę.
Ginny zatrzymała się wpół kroku i obejrzała w wiszącym nad toaletką lusterku.
- No nie – westchnęła. – Chyba to nie jest mój szczęśliwy dzień.
Natychmiast się przebrała, po czym obie gryfonki ruszyły w stronę Wielkiej Sali.
- Jak się cieszę, że mam już za sobą sumy, a owutemy dopiero za rok – uśmiechnęła się Ruda. – Nie muszę się na razie martwić nauką, tylko odpocząć po wojnie.
- Ja niestety nie mam tak dobrze – westchnęła Hermiona. – Po lekcjach chyba pójdę do biblioteki.
- Daj spokój, Miona. Przecież wczoraj dopiero przyjechałyśmy do Hogwartu!
- Każdy dzień jest ważny, jeżeli chce się zdać owutemy z dobrym wynikiem – odparła pouczającym tonem prefekt naczelna gryffindoru.
- I tak dostaniesz same wybitne – wymamrotała pod nosem Ginny, wchodząc do Wielkiej Sali.
Przyjaciółki usiadły na ławie przy stole gryffindoru. Hermiona smarowała swojego tosta dżemem, kiedy obok niej zajął miejsce Ron.
- Mionka, ja przepraszam. – wyszeptał smutno. – Nie chciałem cię urazić. Po prostu wkurzyło mnie, że weszłaś do Sali z Mopsicą… to znaczy z Parkinson – natychmiast się poprawił, widząc surowe spojrzenie gryfonki. – I to na dodatek najwyraźniej pogodziłyście się za sobą. Po prostu bałem się, że zaraz po Mo… Parkinson, będziesz chodziła za rękę z Malfoyem – ostatnie słowa wypowiedział z taką odrazą, że pewnie z trudem przeszły mu przez gardło.
Brązowowlosa jeszcze dłuższą chwilę przyglądała się rudzielcowi, ale gdy stwierdziła, że nie powie on nic więcej, postanowiła zabrać głos.
- W porządku, Ron –westchnęla. – Naprawdę nie mam ochoty się z tobą kłócić – uśmiechnęła się. - Ale tego Malfoya mogłeś sobie darować.
Ron także się uśmiechnął. Reszta śniadania upłynęła gryfonom na przyjemnej pogawędce oraz jedzeniu. Wszyscy byli w radosnych nastrojach, w czym niemałą zasługę miała pogoda. Tylko Snape w swojej zwykłej czarnej szacie był chyba jeszcze bardziej ponury niż zwykle. Właśnie jego osoba przypomniała Hermionie, że miała zamiar porozmawiać z Wybrańcem.
- Harry – na te słowa siedzący obok Ginny czarnowłosy okularnik odwrócił się w stronę wołającej go gryfonki. – Jak to się stało, że Snape żyje? Przecież widziałeś jego śmierć…
Czarnowłosy wzruszył ramionami.
- Ostatkiem sił oddał mi swoje wspomnienia – zamyślił się. – Te ukąszenia były dość poważne, a do tego jadowite. Nie jestem magomedykiem, ale wydawało mi się, że są śmiertelne. Poza tym Snape zamknął oczy i przestał oddychać. Wydało mi się oczywiste, że nie żyje.
- Może ktoś go odnalazł, jak stamtąd odeszliśmy, choć to mało prawdopodobne. – zastanawiała się głośno Hermiona. – Zresztą ty też umarłeś, ale wróciłeś…
- To było co innego – zaprzeczył Harry. – Voldemort zabił mnie, a właściwie znajdującego się we mnie horkruksa, Avadą, i miałem możliwość powrotu, a Snape’a ukąsiła Nagini.
Ich rozmowę przerwało przybycie McGonagall.
- Oto wasze plany lekcji. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć do nich żadnych uwag. – oznajmiła surowo, wręczając każdemu do ręki kartkę.
Hermiona spojrzała na swój plan. Najpierw transmutacja z krukonami, potem dwie godziny eliksirów i obrona przed czarną magią ze ślizgonami. Mogło być gorzej. Gryfonka podniosła wzrok akurat wtedy, gdy naprzeciwko niej przechodziła Pansy Parkinson.
- Cześć, Hermiona – ślizgonka uśmiechnęła się i zatrzymała przy stole gryfonów. – Do zobaczenia na eliksirach.
Brązowowłosa także się uśmiechnęła. Kątem oka zerknęła na stół ślizgonów. Koleżanki Pansy miały bardzo niezadowolone miny, Malfoy wyglądał na szczerze zaskoczonego, a Blaise śmiał się, patrząc na blondyna.
Kiedy Pansy odeszła, Ron spojrzał na Hermionę.
- A więc już jesteście po imieniu – warknął nieprzyjemnie, ale po chwili się opanował. – W porządku – dodał już spokojniej. – Tak poza tym, musimy porozmawiać. Może po lunchu na błoniach?
- Dobrze – powiedziała gryfonka. Była zaintrygowana, ale postanowiła o nic nie pytać. W końcu i tak dowie się, o co chodzi rudzielcowi.
- Tak, wiem, że przyjemnie sobie rozmawiacie – nagle za nimi stanął Harry. – Ale chyba nie chcecie spóźnić się na pierwszą w roku lekcję, do tego z dyrektorką.
Po tych słowach i pożegnaniu się z Ginny, trójka przyjaciół ruszyła na zajęcia transmutacji.
czwartek, 10 października 2013
Rozdział drugi
Zdaję sobie sprawę, że to pierwsze rozdziały, w których nic się praktycznie nie dzieje, ale mam zamiar już niedługo wprowadzić ciekawszą akcję C:
Naprawdę ucieszyłby mnie chociaż jeden komentarz, bym miała dla kogo pisać.
~~~~~~
Szła z Ronem przez las. Trzymali się za ręcę, rozmawiając o głupotach. Byli tacy szczęśliwi. Niestety ta sielanka nie trwała długo. Zza drzewa wyskoczył olbrzymi szary wilk i natychmiast rzucił się rudzielcowi do gardła. Hermiona nie zdążyła nawet krzyknąć, bowiem ktoś złapał ją od tyłu i dłonią zasłonił usta. Ron posłał jej pełne obrzydzenia spojrzenie.
-Bratasz się z wrogiem – wyszeptał ostatkiem sił, po czym runął bezwładnie na ziemię.
Po chwili na jej oczach wilk zaczął się przemieniać w człowieka, a dokładniej we właściciela pewnych szarych tęczówek. Ich obraz nawiedzał ją od czasu pamiętnej bitwy. Patrzyła się z nienawiścią prosto w jego oczy, lecz nagle poczuła, że stojąca za nią postać zaczyna nią potrząsać. Odwróciła się szybko i zauważyła wściekłą twarz Pansy Parkinson.
-Obudź się, Granger – dotarł do Hermiony poirytowany damski głos.
Powoli rozchyliła powieki. Jednak widok jaki zastała sprawił, że natychmiast zamknęła je ponownie. Czy to możliwe, że jeszcze spała? Tym razem szerzej otworzyła oczy. Przed nią rzeczywiście stała Mopsica. Jej z początku zdenerwowana twarz zaczęła zmieniać swój wyraz na widok budzącej się gryfonki. Brązowowłosa rozejrzała się po przedziale. Oprócz nich nie było w nim nikogo.
- Gdzie są wszyscy? – wymamrotała zaspana.
- Poszli – odpowiedziała beztrosko Pansy. – Nie martw się, zabrali ze sobą Weasleyównę. No, Granger, wstawaj, musimy już iść, chyba że wolisz wrócić do Londynu.
Hermiona po tych słowach natychmiast oprzytomniała. Rzeczywiście, nie chciała wrócić do Londynu. Zdziwiła się jednak, że Ginny poszła ze ślizgonami. Była też zła na przyjaciółkę, bo ta na nią nie poczekała, a gryfonce wcale nie uśmiechała się podróż z Mopsicą. Jednak jeśli jej słowa były prawdziwe, to pociąg miał za chwilę jechać w drogę powrotną. Chcąc nie chcąc, wstała i wyszła za ślizgonką z przedziału. Kiedy opuściły pociąg, brunetka uśmiechnęła się.
- Patrz, Granger, zostawili nam powóz, nie musimy iść na piechotę – rzekła wesoło.
Hermiona wpatrywała się w ciągnące powóz testrale. Po wojnie widział je niemal każdy uczeń Hogwartu. Po wojnie, która przyniosła tak wiele niepotrzebnej śmierci. Tak naprawdę gryfonka zastanawiała się jednak nad zachowaniem koleżanki. Była dla niej wyjątkowo miła. Od samego początku nie rzuciła ani jednej nieprzyjemnej uwagi. A przecież nigdy się nie lubiły. Ślizgonka wszędzie towarzyszyła Malfoyowi i wraz z nim obrażała ją i wyzywała od szlam.
- Mów o co ci chodzi, Parkinson – warknęła wchodząc do powozu.
- Nie rozumiem – zdziwiła się czarnowłosa, zajmując miejsce naprzeciw Miony.
- Bezinteresownie nigdy nie byłabyś tak miła dla szlamy.
- Och daj spokój, Granger – odparła machając lekceważąco ręką. – Wojna minęła, zapomnijmy o tych starych potyczkach. Tak naprawdę nigdy nic do ciebie nie miałam.
- Ale jak to? – gryfonka zdziwiła się nie na żarty. – Tyle razy mnie wyzywaliście, razem z Malfoyem…
-Właśnie, z Malfoyem – przerwała jej Pansy. – Zachowywałam się podle, wiem, ale tak naprawdę czystość krwi nigdy nie była dla mnie najważniejsza. Za to Draco… Tak, on się tym kierował na każdym kroku. A ja byłam głupia, beznadziejnie zakochana w kimś, kto nigdy nie będzie czuł do mnie tego samego. Robiłam wszystko, by mu się przypodobać. Jak widać bezskutecznie, a na dodatek raniąc po drodze niewinne osoby.
-Czekaj, jak to byłaś? – Hermiona była zdumiona historią koleżanki, a jednocześnie bardzo ją to ciekawiło. – Myślałam, że ty i Malfoy…
- Że coś z tego wyjdzie? – Parkinson zaśmiała się. – Też tak kiedyś myślałam. Na szczęście te czasy się skończyły, a Draco nie jest dla mnie nikim więcej, niż dobrym przyjacielem. Teraz, gdy wojna się skończyła, chcę naprawić swoje błędy. – wyciągnęła dłoń do gryfonki, posyłając jej zachęcający uśmiech. – To co, może zacznijmy całą tą znajomość od nowa?
Brązowowłosa w zdumieniu patrzyła na wyciągniętą rękę brunetki. Nie mogła uwierzyć, że ślizgonka chce ją w ten sposób przeprosić, raczej podejrzewała jakiś postęp.
- To nie jest żaden postęp, Granger – Pansy zdawała się czytać jej w myślach. – Naprawdę jest mi przykro z powodu tego, co musiałaś przeze mnie znosić.
Te słowa wydały się Hermionie naprawdę szczere. A co mi tam, pomyślała, to ostatni rok w Hogwarcie, trzeba czasem zaszaleć. Najwyżej później będę tego żałowała.
-W porządku Pansy – z uśmiechem uścisnęła jej rękę. – Między nami zgoda.
Do Wielkiej Sali dotarły z minimalnym opóźnieniem, tak że ominęła je jedynie Ceremonia Przydziału. Były pewne, że Tiara znów kazała jednoczyć się w obliczu niebezpieczeństwa, które przecież było już zażegnane. Dziewczyny pożegnały się uśmiechem i rozeszły do swoich stołów. Hermiona zajęła miejsce pomiędzy Ginny a Neville’m, który przez te wakacje wyjątkowo zmężniał. Zza Rudej wyłonił się Harry i już otwierał usta, by o coś spytać, gdy wstała profesor McGonagall, prosząc o ciszę.
- Moi drodzy – zaczęła swym szorstkim tonem, gdy tylko ucichły ostatnie szepty. – Witam was w nowym roku w Hogwarcie. Bardzo się cieszę, że przybyliście, aby kontynuować naukę w naszej szkole. Z wielką radością witam także uczniów siódmego roku. Większość z was brała udział w Bitwie o Hogwart, za co jesteśmy wam dozgonnie wdzięczni, więc tym bardziej cieszę się, widząc wasze twarze, i jestem dumna, że postanowiliście dokończyć waszą naukę na ostatnim roku i przystąpić do OWUTEMów.
Cała sala zaczęła klaskać. Okazało się jednak, że to nie koniec przemowy.
- Kochani, proszę jeszcze o chwilę ciszy. – ciągnęła McGonagall. – Jak zapewne domyśleliście się już, odtąd to ja będę spełniać funkcję dyrektora, ale wciąż mam zamiar nauczać was transmutacji. Natomiast za wielkie zasługi dla szkoły, moim zastępcą zostaje Severus Snape, który będzie także nauczycielem eliksirów.
Wspomniany powstał i skłonił się lekko, po czym z powrotem usiadł na swoim krześle. Po Sali przeszedł szmer niedowierzania. Wszyscy wiedzieli, że Snape zginął ugryziony przez węża Voldemorta, Nagini, o czym oznajmił im sam Wybraniec, który widział to na własne oczy. Jednak, jak się okazało, przeżył, i sądząc po swoim tradycyjnym pogardliwym uśmieszku, miał się całkiem dobrze.
- Pragnę wam przedstawić jeszcze jednego nowego nauczyciela – ciągnęła dalej dyrektorka, nie zważając na reakcję uczniów. – W tym roku lekcje Obrony przed Czarną Magią będziecie mieć z profesor Narcyzą Malfoy.
Teraz wśród uczniów wybuchła wrzawa. Nie mogli uwierzyć, że zatrudniono w Hogwarcie żonę śmierciożercy! Wspomniana kobieta widząc reakcję młodzieży wyraźnie posmutniała, i nawet nie podniosła się z miejsca. Hałas wśród uczniów zdecydowanie ucichł, kiedy stojące na stole półmiski wypełniły się przepysznym jedzeniem. Wszyscy poczuli głód i po chwili na Sali słychać było jedynie gwar rozmów.
- Miona, wiesz, ci ślizgoni nie są tacy źli – szczebiotała podekscytowana Ginny. – Chociaż Malfoy jest okropny. Nic by nie robił, tylko nas obrażał. Ale Blaise cały czas był po naszej stronie i uciszał go… Miona? Słuchasz mnie?
-Tak, Ginny, słucham – potwierdziła brązowowłosa gryfonka. Jej myśli jednak krążyły wokół innego tematu. Nie mogła zrozumieć, dlaczego McGonagall zaufała Narcyzie Malfoy. Przecież jej mąż był zagorzałym śmierciożercą, a siostra osobą najbliższą Czarnemu Panu. Może i sama kobieta przeszła z synem na stronę Zakonu Feniksa, lecz chyba nie był to wystarczający powód, by dać jej pod opiekę uczniów Hogwartu.
Ginny dalej wesoło opowiadała, co działo się podczas snu Hermiony, gdy wychodziły z Wielkiej Sali i kierowały swe kroki w stronę Wieży Gryffindoru. Tuż pod portretem Grubej Damy brązowowłosa wpadła jednak na kogoś, co wyrwało ją z zamyślenia.
Przed gryfonką stał wściekły Ron. Twarz miał czerwoną aż po cebulki rudych włosów, a jego wzrokiem nie pogardziłby nawet sam Bazyliszek.
- Gdzie byłaś przez całą drogę? –wysyczał przez zęby. – I czemu weszłaś do Wielkiej Sali z Mopsicą, najwyraźniej w przyjacielskich stosunkach?!
Hermiona zmierzyła chłopaka chłodnym spojrzeniem. Może i byli razem, ale to wszystko przekraczało wszelkie granice. Merlinie, miała dopiero 17 lat, nie chciała być na każdym kroku kontrolowana!
- Nie twoja sprawa, Ronaldzie – odrzekła chłodno z obojętnością wypisaną na twarzy. – I zapomniałeś chyba, że Pansy ma imię.
Po tych słowach szybkim krokiem przeszła przez dziurę w portrecie i od razu podążyła do dormitorium, które dzieliła z Ginny, zostawiając Rona i przysłuchujących się ich rozmowie gryfonów w osłupieniu.
Naprawdę ucieszyłby mnie chociaż jeden komentarz, bym miała dla kogo pisać.
~~~~~~
Szła z Ronem przez las. Trzymali się za ręcę, rozmawiając o głupotach. Byli tacy szczęśliwi. Niestety ta sielanka nie trwała długo. Zza drzewa wyskoczył olbrzymi szary wilk i natychmiast rzucił się rudzielcowi do gardła. Hermiona nie zdążyła nawet krzyknąć, bowiem ktoś złapał ją od tyłu i dłonią zasłonił usta. Ron posłał jej pełne obrzydzenia spojrzenie.
-Bratasz się z wrogiem – wyszeptał ostatkiem sił, po czym runął bezwładnie na ziemię.
Po chwili na jej oczach wilk zaczął się przemieniać w człowieka, a dokładniej we właściciela pewnych szarych tęczówek. Ich obraz nawiedzał ją od czasu pamiętnej bitwy. Patrzyła się z nienawiścią prosto w jego oczy, lecz nagle poczuła, że stojąca za nią postać zaczyna nią potrząsać. Odwróciła się szybko i zauważyła wściekłą twarz Pansy Parkinson.
-Obudź się, Granger – dotarł do Hermiony poirytowany damski głos.
Powoli rozchyliła powieki. Jednak widok jaki zastała sprawił, że natychmiast zamknęła je ponownie. Czy to możliwe, że jeszcze spała? Tym razem szerzej otworzyła oczy. Przed nią rzeczywiście stała Mopsica. Jej z początku zdenerwowana twarz zaczęła zmieniać swój wyraz na widok budzącej się gryfonki. Brązowowłosa rozejrzała się po przedziale. Oprócz nich nie było w nim nikogo.
- Gdzie są wszyscy? – wymamrotała zaspana.
- Poszli – odpowiedziała beztrosko Pansy. – Nie martw się, zabrali ze sobą Weasleyównę. No, Granger, wstawaj, musimy już iść, chyba że wolisz wrócić do Londynu.
Hermiona po tych słowach natychmiast oprzytomniała. Rzeczywiście, nie chciała wrócić do Londynu. Zdziwiła się jednak, że Ginny poszła ze ślizgonami. Była też zła na przyjaciółkę, bo ta na nią nie poczekała, a gryfonce wcale nie uśmiechała się podróż z Mopsicą. Jednak jeśli jej słowa były prawdziwe, to pociąg miał za chwilę jechać w drogę powrotną. Chcąc nie chcąc, wstała i wyszła za ślizgonką z przedziału. Kiedy opuściły pociąg, brunetka uśmiechnęła się.
- Patrz, Granger, zostawili nam powóz, nie musimy iść na piechotę – rzekła wesoło.
Hermiona wpatrywała się w ciągnące powóz testrale. Po wojnie widział je niemal każdy uczeń Hogwartu. Po wojnie, która przyniosła tak wiele niepotrzebnej śmierci. Tak naprawdę gryfonka zastanawiała się jednak nad zachowaniem koleżanki. Była dla niej wyjątkowo miła. Od samego początku nie rzuciła ani jednej nieprzyjemnej uwagi. A przecież nigdy się nie lubiły. Ślizgonka wszędzie towarzyszyła Malfoyowi i wraz z nim obrażała ją i wyzywała od szlam.
- Mów o co ci chodzi, Parkinson – warknęła wchodząc do powozu.
- Nie rozumiem – zdziwiła się czarnowłosa, zajmując miejsce naprzeciw Miony.
- Bezinteresownie nigdy nie byłabyś tak miła dla szlamy.
- Och daj spokój, Granger – odparła machając lekceważąco ręką. – Wojna minęła, zapomnijmy o tych starych potyczkach. Tak naprawdę nigdy nic do ciebie nie miałam.
- Ale jak to? – gryfonka zdziwiła się nie na żarty. – Tyle razy mnie wyzywaliście, razem z Malfoyem…
-Właśnie, z Malfoyem – przerwała jej Pansy. – Zachowywałam się podle, wiem, ale tak naprawdę czystość krwi nigdy nie była dla mnie najważniejsza. Za to Draco… Tak, on się tym kierował na każdym kroku. A ja byłam głupia, beznadziejnie zakochana w kimś, kto nigdy nie będzie czuł do mnie tego samego. Robiłam wszystko, by mu się przypodobać. Jak widać bezskutecznie, a na dodatek raniąc po drodze niewinne osoby.
-Czekaj, jak to byłaś? – Hermiona była zdumiona historią koleżanki, a jednocześnie bardzo ją to ciekawiło. – Myślałam, że ty i Malfoy…
- Że coś z tego wyjdzie? – Parkinson zaśmiała się. – Też tak kiedyś myślałam. Na szczęście te czasy się skończyły, a Draco nie jest dla mnie nikim więcej, niż dobrym przyjacielem. Teraz, gdy wojna się skończyła, chcę naprawić swoje błędy. – wyciągnęła dłoń do gryfonki, posyłając jej zachęcający uśmiech. – To co, może zacznijmy całą tą znajomość od nowa?
Brązowowłosa w zdumieniu patrzyła na wyciągniętą rękę brunetki. Nie mogła uwierzyć, że ślizgonka chce ją w ten sposób przeprosić, raczej podejrzewała jakiś postęp.
- To nie jest żaden postęp, Granger – Pansy zdawała się czytać jej w myślach. – Naprawdę jest mi przykro z powodu tego, co musiałaś przeze mnie znosić.
Te słowa wydały się Hermionie naprawdę szczere. A co mi tam, pomyślała, to ostatni rok w Hogwarcie, trzeba czasem zaszaleć. Najwyżej później będę tego żałowała.
-W porządku Pansy – z uśmiechem uścisnęła jej rękę. – Między nami zgoda.
Do Wielkiej Sali dotarły z minimalnym opóźnieniem, tak że ominęła je jedynie Ceremonia Przydziału. Były pewne, że Tiara znów kazała jednoczyć się w obliczu niebezpieczeństwa, które przecież było już zażegnane. Dziewczyny pożegnały się uśmiechem i rozeszły do swoich stołów. Hermiona zajęła miejsce pomiędzy Ginny a Neville’m, który przez te wakacje wyjątkowo zmężniał. Zza Rudej wyłonił się Harry i już otwierał usta, by o coś spytać, gdy wstała profesor McGonagall, prosząc o ciszę.
- Moi drodzy – zaczęła swym szorstkim tonem, gdy tylko ucichły ostatnie szepty. – Witam was w nowym roku w Hogwarcie. Bardzo się cieszę, że przybyliście, aby kontynuować naukę w naszej szkole. Z wielką radością witam także uczniów siódmego roku. Większość z was brała udział w Bitwie o Hogwart, za co jesteśmy wam dozgonnie wdzięczni, więc tym bardziej cieszę się, widząc wasze twarze, i jestem dumna, że postanowiliście dokończyć waszą naukę na ostatnim roku i przystąpić do OWUTEMów.
Cała sala zaczęła klaskać. Okazało się jednak, że to nie koniec przemowy.
- Kochani, proszę jeszcze o chwilę ciszy. – ciągnęła McGonagall. – Jak zapewne domyśleliście się już, odtąd to ja będę spełniać funkcję dyrektora, ale wciąż mam zamiar nauczać was transmutacji. Natomiast za wielkie zasługi dla szkoły, moim zastępcą zostaje Severus Snape, który będzie także nauczycielem eliksirów.
Wspomniany powstał i skłonił się lekko, po czym z powrotem usiadł na swoim krześle. Po Sali przeszedł szmer niedowierzania. Wszyscy wiedzieli, że Snape zginął ugryziony przez węża Voldemorta, Nagini, o czym oznajmił im sam Wybraniec, który widział to na własne oczy. Jednak, jak się okazało, przeżył, i sądząc po swoim tradycyjnym pogardliwym uśmieszku, miał się całkiem dobrze.
- Pragnę wam przedstawić jeszcze jednego nowego nauczyciela – ciągnęła dalej dyrektorka, nie zważając na reakcję uczniów. – W tym roku lekcje Obrony przed Czarną Magią będziecie mieć z profesor Narcyzą Malfoy.
Teraz wśród uczniów wybuchła wrzawa. Nie mogli uwierzyć, że zatrudniono w Hogwarcie żonę śmierciożercy! Wspomniana kobieta widząc reakcję młodzieży wyraźnie posmutniała, i nawet nie podniosła się z miejsca. Hałas wśród uczniów zdecydowanie ucichł, kiedy stojące na stole półmiski wypełniły się przepysznym jedzeniem. Wszyscy poczuli głód i po chwili na Sali słychać było jedynie gwar rozmów.
- Miona, wiesz, ci ślizgoni nie są tacy źli – szczebiotała podekscytowana Ginny. – Chociaż Malfoy jest okropny. Nic by nie robił, tylko nas obrażał. Ale Blaise cały czas był po naszej stronie i uciszał go… Miona? Słuchasz mnie?
-Tak, Ginny, słucham – potwierdziła brązowowłosa gryfonka. Jej myśli jednak krążyły wokół innego tematu. Nie mogła zrozumieć, dlaczego McGonagall zaufała Narcyzie Malfoy. Przecież jej mąż był zagorzałym śmierciożercą, a siostra osobą najbliższą Czarnemu Panu. Może i sama kobieta przeszła z synem na stronę Zakonu Feniksa, lecz chyba nie był to wystarczający powód, by dać jej pod opiekę uczniów Hogwartu.
Ginny dalej wesoło opowiadała, co działo się podczas snu Hermiony, gdy wychodziły z Wielkiej Sali i kierowały swe kroki w stronę Wieży Gryffindoru. Tuż pod portretem Grubej Damy brązowowłosa wpadła jednak na kogoś, co wyrwało ją z zamyślenia.
Przed gryfonką stał wściekły Ron. Twarz miał czerwoną aż po cebulki rudych włosów, a jego wzrokiem nie pogardziłby nawet sam Bazyliszek.
- Gdzie byłaś przez całą drogę? –wysyczał przez zęby. – I czemu weszłaś do Wielkiej Sali z Mopsicą, najwyraźniej w przyjacielskich stosunkach?!
Hermiona zmierzyła chłopaka chłodnym spojrzeniem. Może i byli razem, ale to wszystko przekraczało wszelkie granice. Merlinie, miała dopiero 17 lat, nie chciała być na każdym kroku kontrolowana!
- Nie twoja sprawa, Ronaldzie – odrzekła chłodno z obojętnością wypisaną na twarzy. – I zapomniałeś chyba, że Pansy ma imię.
Po tych słowach szybkim krokiem przeszła przez dziurę w portrecie i od razu podążyła do dormitorium, które dzieliła z Ginny, zostawiając Rona i przysłuchujących się ich rozmowie gryfonów w osłupieniu.
poniedziałek, 7 października 2013
Rozdział pierwszy
Oto publikuję rozdział pierwszy, mam nadzieję, że się spodoba :)
~~
W tym roku wrzesień przywitał Londyn deszczem. Spomiędzy gęstych chmur nie wychylał się żaden promień słońca, a spadające z nieba strużki wody nie pozostawiały na nikim suchej nitki. Pogoda w żadnym stopniu nie zachęcała do opuszczenia ciepłych domów, lecz na dworcu King’s Cross, a dokładniej na peronie 9¾, narastał tłum. Niemal wszyscy z wielkim entuzjazmem szykowali się na nowy rok szkolny w Hogwarcie. Większość uczniów powtarzała nieskończoną w zeszłym roku klasę, ponieważ z powodu wojny w czarodziejskim świecie, ich nauka została brutalnie przerwana.
Jednak nie każdy był taki szczęśliwy. Na środku peronu, naprzeciwko siebie stała pewna znana hogwardzka para – wysoki piegowaty rudzielec oraz niska szatynka, najlepsi przyjaciele samego Wybrańca, Harry’ego Pottera – i zażarcie się o coś kłócili.
- Ronaldzie Weasley – krzyczała rozeźlona Hermiona. Jej oczy ciskały pioruny. – Naprawdę nie rozumiem o co ci chodzi! Dean zwyczajnie pomógł mi nieść torbę! Co w tym złego? Przecież to zwykła koleżeńska przysługa! Naprawdę nie rozumiem, gdzie ty tu widzisz problem!
- Koleżeńska przysługa? – wyprowadzony z równowagi Ron również podnosił głos. – Ach tak? Miona, on cię złapał za rękę! To nie jest zwykła koleżeńska przysługa! On chce mi ciebie zabrać!
- On jedynie wziął ode mnie bagaż! Równie dobrze TY mogłeś to zrobić, wtedy nie było by tej całej sprzeczki! Ale nie, jaśnie pan nie raczył sobie ubrudzić rączek!
Rudzielec już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, gdy zjawił się Harry Potter ze swoją dziewczyną Ginny.
- Co tu się dzieje? – zapytał natychmiast Wybraniec, widząc ze dwójka jego najlepszych przyjaciół skacze sobie do gardeł.
- Co się dzieje? – krzyczała piskliwym głosem szatynka. – Chcesz wiedzieć co się dzieje? Otóż twój przyjaciel to skończony idiota!
Po tych słowach obróciła się na pięcie i odeszła z dumnie podniesioną głową w stronę pociągu. Ron obserwował jej kroki spode łba.
- O co poszło tym razem, Ron? – zapytał znudzony Harry, jednocześnie niepokojąc się lekko. Te kłótnie zdarzały się coraz częściej i bał się, że któreś z jego przyjaciół kiedyś przesadzi, tym samym przekreślając ich związek, a zarazem przyjaźń.
- No bo Dean złapał ją za rękę, odbierając jej bagaż… - wymamrotał rudzielec.
Jego siostra zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.
-Jesteś idiotą, Ron. –prychnęła, po czym ruszyła za znikającą w wagonie przyjaciółką.
Hermiona odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem opuściła przyjaciół. Chciała z dumą wyjść z zaistniałej sytuacji, lecz tak naprawdę bardzo ją to bolało. Tego typu bezsensowne kłótnie z Ronem zdarzały się ostatnio coraz częściej i zdecydowanie nie były przyjemne. Kiedy gryfonka znalazła pierwszy lepszy wolny przedział, przestała już hamować napływające do oczu łzy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszystko się psuło. To nie był pierwszy raz, kiedy płakała przez rudzielca. Właściwie tak kończyła się ich każda kłótnia. A przecież na początku byli razem tacy szczęśliwi. Uzupełniali się wzajemnie i świetnie dogadywali. Owszem, zdarzały im się czasem drobne sprzeczki, ale zazwyczaj po ich zakończeniu śmiała się z błahości utarczki, a nie płakała po kątach. Później nadeszła wojna. Mroczna i krwawa, zebrała swoje żniwo w postaci najbliższych, a także pozostawiła rany na ciele, i znacznie poważniejsze na duszy. Właśnie po jej zakończeniu wszystko zaczęło się sypać. Ron był zazdrosny o dosłownie wszystko i starał się pilnować swoją dziewczynę na każdym kroku. Początkowo Hermiona dzielnie znosiła humory rudzielca, zwalając winę na smutek po śmierci Freda, lecz po jakimś czasie zaczęło ją to irytować. Nie znosiła gdy ktoś ją kontrolował, a nawet utrata bliskiej osoby nie tłumaczyła opryskliwego zachowania Rona. Zresztą gryfonka również zmieniła się po wojnie. Stała się bardziej waleczna i pewna siebie, a nieudana próba odnalezienia rodziców nauczyła ją samodzielności. Drobne przytyki chłopaka zamiast jak dawniej bawić, denerwowały ją. Zresztą nawet ich kłótnie o błahostki stawały się coraz poważniejsze, a słowa bardziej bolały. Praktycznie każda sprzeczka kończyła się płaczem, a gryfonka sama nie była pewna, co dokładnie czuje do rudzielca.
Nagle drzwi przedziału się otworzyły. Stanęła w nich Ginny. Widząc w jakim stanie jest jej przyjaciółka, natychmiast do niej pobiegła i przytuliła ją.
- Nie martw się, Herm, mój brat czasem jest naprawdę głupi – uspokajała ją Ruda.
- Gin, ja już nie wiem co mam myśleć – łkała szatynka. – To zdarza się coraz częściej. Ja już mam dosyć…
Zanim przyjaciółka zdążyła jej cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się ponownie. Niestety, tym razem nie było to miłe towarzystwo. Do przedziału wszedł właśnie tleniony blondyn, Draco Malfoy, razem z grupką ślizgonów.
- Kogo my tu mamy w naszym przedziale? –zapytał ze swoim zwykłym ironicznym uśmieszkiem. – O, szlama i zdrajczyni krwi. Jakie wspaniałe towarzystwo. Granger, niezłe przedstawienie rozegrałaś na peronie…
- Ogarnij się, Smoku, nie widzisz, że ona płacze? – wyszeptał z wyrzutem stojący obok niego ciemnoskóry chłopak, Zabini, szturchając kumpla łokciem.
Hermiona przez łzy spojrzała ze zdziwieniem na Blaise’a, ale po chwili jej wzrok ponownie spoczął na Malfoyu. Trzeba mu było przyznać, że przez ten rok wyprzystojniał, nie był już taki mizerny jak ostatnio. Jednak jak widać, wygląd nie szedł w parze z charakterem, ponieważ ten najwyraźniej pozostał bez zmian.
- Waszym przedziale? –wysyczała brązowowłosa gryfonka, wstając. – Jakoś wchodząc tu nie zauważyłam, by był podpisany. Zresztą my i tak już stąd wychodziłyśmy, prawda Ginny?
Ruda już otwierała usta, aby potwierdzić, jednak blondyn nie dał jej dojść do słowa.
-Jaka szkoda – rzekł z udawanym smutkiem. – Nie posiedzicie sobie tutaj z nami? Tchórzysz, Granger?
Tego już było dla dziewczyny za wiele. Jak on mógł jej, która u boku Wybrańca poszukiwała horkruksów i która walczyła dzielnie w Bitwie o Hogwart, zarzucać tchórzostwo? Jej gryfońska duma nie pozwalała odrzucić wyzwania.
- Wiesz co, Malfoy? Zmieniłam zdanie. Zostaniemy w tym przedziale, nawet jeśli będziemy musiały znieść wasze towarzystwo.
Mówiąc to, opadła z powrotem na swoje miejsce przy oknie. Po chwili ślizgoni zajęli pozostałe miejsca. Ginny rzuciła w jej stronę spojrzenie mówiące „jeszcze mi za to zapłacisz”, po czym z głębokim westchnieniem wyjęła najnowszy numer „Proroka codziennego” i oddała się jego lekturze.
-No to co, Granger, dowiem się czemu zawdzięczaliśmy to przedstawienie? – ciągnął Tleniony, pomimo oburzonego wzroku Zabiniego i znudzonych spojrzeń pozostałych ślizgonów. – Chociaż nie powiem, widok nadymającego się ze złości Wiewióra był naprawdę bezcenny…
Powoli sens jego słów przestał do niej docierać. Oparła głowę o szybę i wsłuchując się w dudnienie deszczu, poczuła, że powieki jej opadają. Poczuła nagły przypływ zmęczenia, a po chwili zmorzył ją sen.
~~
W tym roku wrzesień przywitał Londyn deszczem. Spomiędzy gęstych chmur nie wychylał się żaden promień słońca, a spadające z nieba strużki wody nie pozostawiały na nikim suchej nitki. Pogoda w żadnym stopniu nie zachęcała do opuszczenia ciepłych domów, lecz na dworcu King’s Cross, a dokładniej na peronie 9¾, narastał tłum. Niemal wszyscy z wielkim entuzjazmem szykowali się na nowy rok szkolny w Hogwarcie. Większość uczniów powtarzała nieskończoną w zeszłym roku klasę, ponieważ z powodu wojny w czarodziejskim świecie, ich nauka została brutalnie przerwana.
Jednak nie każdy był taki szczęśliwy. Na środku peronu, naprzeciwko siebie stała pewna znana hogwardzka para – wysoki piegowaty rudzielec oraz niska szatynka, najlepsi przyjaciele samego Wybrańca, Harry’ego Pottera – i zażarcie się o coś kłócili.
- Ronaldzie Weasley – krzyczała rozeźlona Hermiona. Jej oczy ciskały pioruny. – Naprawdę nie rozumiem o co ci chodzi! Dean zwyczajnie pomógł mi nieść torbę! Co w tym złego? Przecież to zwykła koleżeńska przysługa! Naprawdę nie rozumiem, gdzie ty tu widzisz problem!
- Koleżeńska przysługa? – wyprowadzony z równowagi Ron również podnosił głos. – Ach tak? Miona, on cię złapał za rękę! To nie jest zwykła koleżeńska przysługa! On chce mi ciebie zabrać!
- On jedynie wziął ode mnie bagaż! Równie dobrze TY mogłeś to zrobić, wtedy nie było by tej całej sprzeczki! Ale nie, jaśnie pan nie raczył sobie ubrudzić rączek!
Rudzielec już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, gdy zjawił się Harry Potter ze swoją dziewczyną Ginny.
- Co tu się dzieje? – zapytał natychmiast Wybraniec, widząc ze dwójka jego najlepszych przyjaciół skacze sobie do gardeł.
- Co się dzieje? – krzyczała piskliwym głosem szatynka. – Chcesz wiedzieć co się dzieje? Otóż twój przyjaciel to skończony idiota!
Po tych słowach obróciła się na pięcie i odeszła z dumnie podniesioną głową w stronę pociągu. Ron obserwował jej kroki spode łba.
- O co poszło tym razem, Ron? – zapytał znudzony Harry, jednocześnie niepokojąc się lekko. Te kłótnie zdarzały się coraz częściej i bał się, że któreś z jego przyjaciół kiedyś przesadzi, tym samym przekreślając ich związek, a zarazem przyjaźń.
- No bo Dean złapał ją za rękę, odbierając jej bagaż… - wymamrotał rudzielec.
Jego siostra zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.
-Jesteś idiotą, Ron. –prychnęła, po czym ruszyła za znikającą w wagonie przyjaciółką.
Hermiona odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem opuściła przyjaciół. Chciała z dumą wyjść z zaistniałej sytuacji, lecz tak naprawdę bardzo ją to bolało. Tego typu bezsensowne kłótnie z Ronem zdarzały się ostatnio coraz częściej i zdecydowanie nie były przyjemne. Kiedy gryfonka znalazła pierwszy lepszy wolny przedział, przestała już hamować napływające do oczu łzy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszystko się psuło. To nie był pierwszy raz, kiedy płakała przez rudzielca. Właściwie tak kończyła się ich każda kłótnia. A przecież na początku byli razem tacy szczęśliwi. Uzupełniali się wzajemnie i świetnie dogadywali. Owszem, zdarzały im się czasem drobne sprzeczki, ale zazwyczaj po ich zakończeniu śmiała się z błahości utarczki, a nie płakała po kątach. Później nadeszła wojna. Mroczna i krwawa, zebrała swoje żniwo w postaci najbliższych, a także pozostawiła rany na ciele, i znacznie poważniejsze na duszy. Właśnie po jej zakończeniu wszystko zaczęło się sypać. Ron był zazdrosny o dosłownie wszystko i starał się pilnować swoją dziewczynę na każdym kroku. Początkowo Hermiona dzielnie znosiła humory rudzielca, zwalając winę na smutek po śmierci Freda, lecz po jakimś czasie zaczęło ją to irytować. Nie znosiła gdy ktoś ją kontrolował, a nawet utrata bliskiej osoby nie tłumaczyła opryskliwego zachowania Rona. Zresztą gryfonka również zmieniła się po wojnie. Stała się bardziej waleczna i pewna siebie, a nieudana próba odnalezienia rodziców nauczyła ją samodzielności. Drobne przytyki chłopaka zamiast jak dawniej bawić, denerwowały ją. Zresztą nawet ich kłótnie o błahostki stawały się coraz poważniejsze, a słowa bardziej bolały. Praktycznie każda sprzeczka kończyła się płaczem, a gryfonka sama nie była pewna, co dokładnie czuje do rudzielca.
Nagle drzwi przedziału się otworzyły. Stanęła w nich Ginny. Widząc w jakim stanie jest jej przyjaciółka, natychmiast do niej pobiegła i przytuliła ją.
- Nie martw się, Herm, mój brat czasem jest naprawdę głupi – uspokajała ją Ruda.
- Gin, ja już nie wiem co mam myśleć – łkała szatynka. – To zdarza się coraz częściej. Ja już mam dosyć…
Zanim przyjaciółka zdążyła jej cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się ponownie. Niestety, tym razem nie było to miłe towarzystwo. Do przedziału wszedł właśnie tleniony blondyn, Draco Malfoy, razem z grupką ślizgonów.
- Kogo my tu mamy w naszym przedziale? –zapytał ze swoim zwykłym ironicznym uśmieszkiem. – O, szlama i zdrajczyni krwi. Jakie wspaniałe towarzystwo. Granger, niezłe przedstawienie rozegrałaś na peronie…
- Ogarnij się, Smoku, nie widzisz, że ona płacze? – wyszeptał z wyrzutem stojący obok niego ciemnoskóry chłopak, Zabini, szturchając kumpla łokciem.
Hermiona przez łzy spojrzała ze zdziwieniem na Blaise’a, ale po chwili jej wzrok ponownie spoczął na Malfoyu. Trzeba mu było przyznać, że przez ten rok wyprzystojniał, nie był już taki mizerny jak ostatnio. Jednak jak widać, wygląd nie szedł w parze z charakterem, ponieważ ten najwyraźniej pozostał bez zmian.
- Waszym przedziale? –wysyczała brązowowłosa gryfonka, wstając. – Jakoś wchodząc tu nie zauważyłam, by był podpisany. Zresztą my i tak już stąd wychodziłyśmy, prawda Ginny?
Ruda już otwierała usta, aby potwierdzić, jednak blondyn nie dał jej dojść do słowa.
-Jaka szkoda – rzekł z udawanym smutkiem. – Nie posiedzicie sobie tutaj z nami? Tchórzysz, Granger?
Tego już było dla dziewczyny za wiele. Jak on mógł jej, która u boku Wybrańca poszukiwała horkruksów i która walczyła dzielnie w Bitwie o Hogwart, zarzucać tchórzostwo? Jej gryfońska duma nie pozwalała odrzucić wyzwania.
- Wiesz co, Malfoy? Zmieniłam zdanie. Zostaniemy w tym przedziale, nawet jeśli będziemy musiały znieść wasze towarzystwo.
Mówiąc to, opadła z powrotem na swoje miejsce przy oknie. Po chwili ślizgoni zajęli pozostałe miejsca. Ginny rzuciła w jej stronę spojrzenie mówiące „jeszcze mi za to zapłacisz”, po czym z głębokim westchnieniem wyjęła najnowszy numer „Proroka codziennego” i oddała się jego lekturze.
-No to co, Granger, dowiem się czemu zawdzięczaliśmy to przedstawienie? – ciągnął Tleniony, pomimo oburzonego wzroku Zabiniego i znudzonych spojrzeń pozostałych ślizgonów. – Chociaż nie powiem, widok nadymającego się ze złości Wiewióra był naprawdę bezcenny…
Powoli sens jego słów przestał do niej docierać. Oparła głowę o szybę i wsłuchując się w dudnienie deszczu, poczuła, że powieki jej opadają. Poczuła nagły przypływ zmęczenia, a po chwili zmorzył ją sen.
Prolog
Walka trwała w najlepsze. Zaklęcia śmigały na lewo i prawo, z każdej strony można było dostrzec błyski zielonego światła. Wszyscy walczyli bardzo dzielnie. Śmierciożerców było jednak coraz mniej, co dawało ich przeciwnikom narastającą nadzieję na zwycięstwo. Brązowowłosa gryfonka przeciskała się przez tłum walczących, raz po raz zostawiając wokół nieprzytomne sługi Voldemorta. Jej cel był coraz bliżej. Biegła ze strachem do leżącego w kałuży krwi rudzielca, który parę chwil wcześniej oberwał potężnym zaklęciem.
Nagle jej ciałem wstrząsnęły przeraźliwe spazma bólu. Padła na posadzkę, boleśnie zdzierając kolana na roztłuczonym szkle. Łzy napłynęły jej do oczu, a z gardła wydobył się krzyk. Czuła, że długo nie wytrzyma. Ból zdawał się rozrywa ją od środka. Pochyliła się jeszcze bardziej, co zaowocowało pokaleczonymi dłońmi.
Nagle ból skończył się tak szybko, jak się zaczął. Dziewczyna poczuła, że powoli wracają jej siły. Podniosła wzrok. Stała przed nią zdezorientowana kobieta z burzą nieujarzmionych czarnych włosów. Bellatriks. Na sam jej widok, i wspomnienie tortur w Malfoy Manor gryfonkę przeszedł dreszcz. Bellatriks spojrzała z furią spod swych ciężkich powiek, gdy spostrzegła, kto ją rozbroił. Obok śmierciożerczyni stał z wyciągniętą różdżką jej własny siostrzeniec, Draco Malfoy. Po jego platynowych włosach spływały stróżki krwi. Bellatriks ponownie spojrzała na brązowowłosą. Jej wzrok przepełniony był wrogością i szaleństwem.
-Ten zdrajca doprowadzi cię do śmierci, nędzna szlamo. – wyszeptała tak cicho, że gryfonka nie była pewna, czy dobrze ją zrozumiała.
Nim ktokolwiek zdążył zareagować, brunetka deportowała się z cichym trzaskiem. Brązowowłosa przeniosła swój zszokowany wzrok na blondyna. Wpatrywał się w nią z kamienną twarzą, ale z jego szarych oczu można było wyczytać niepokój i coś, jakby troskę? Zanim Hermiona zdążyła to lepiej przeanalizować, Draco obrócił się i zniknął w tłumie.
Dziewczyna trwała w niemym szoku po tym co się stało. Malfoy ją uratował? Nie mogła w to uwierzyć. I do tego, co miały oznacza słowa Bellatriks? Gryfonka nie potrafiła pozbierać myśli.
Ledwo do jej świadomości dotarło, że pół metra dalej ranny Ron z trudem podnosił się na łokciach, ze zdezorientowaniem rozglądając się wokół, a do Wielkiej Sali wpadł Harry Potter, obwieszczając, że Lord Voldemort nie żyje.
Witam :)
Witam na moim blogu, będę tutaj pisała opowiadanie z serii Dramione. To mój pierwszy blog, więc proszę o wyrozumiałość. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Czy się podoba, czy nie, proszę o komentarze ze szczerą opinią - pozytywne na pewno dodadzą weny, a negatywne pokażą nad czym powinnam popracować.
No więc nie przedłużając zapraszam do czytania :)
Czy się podoba, czy nie, proszę o komentarze ze szczerą opinią - pozytywne na pewno dodadzą weny, a negatywne pokażą nad czym powinnam popracować.
No więc nie przedłużając zapraszam do czytania :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)