niedziela, 27 października 2013

Rozdział czwarty

Rozdział miał się pojawić w przyszłym tygodniu, ale udało mi się go napisać już dzisiaj i muszę przyznać, że wyszedł mi dość długi, więc jako tako jestem z niego zadowolona. Póki co nie ma tu jeszcze jakiejś wielkiej akcji, ale to dopiero rozdział czwarty, pierwszy dzień nowego roku w Hogwarcie, i chcę wprowadzić już większość bohaterów. Obiecuję, że coś zacznie się dziać w okolicach rozdziału szóstego - siódmego. Jak już przebrniemy przez ten wstęp, powinno być coraz lepiej.
Nie wiem jeszcze, na kiedy wyrobię się z nowym rozdziałem, bo w tym tygodniu mam w szkole po prostu urwanie głowy (klasówki z geografii, fizyki i niemieckiego - sama czarna magia). Dlatego zostawiam Was z dość długim rozdziałem i mam nadzieję, że się spodoba :)
PROSZĘ, CZYTACIE - ZOSTAWCIE PO SOBIE JAKIŚ ŚLAD. TO JEST DLA MNIE WAŻNE, BO WIEM CZY WARTO WOGÓLE PISAĆ.
Bardzo dziękuję alokin999, której bardzo miłe komentarze pozytywnie wpłynęły na moją wenę ;3
Coś tak dużo mi to dziś zajęło, więc nie przedłużając, zapraszam do czytania :)

~~~~~~

Profesor McGonagall przybyła punktualnie pod salę transmutacji. Wpuściła uczniów siódmego roku do środka, aby zajęli miejsca. Hermiona usiadła między Harry’m i Ronem w pierwszej ławce. Wyjęła z torby podręcznik i czekała na rozpoczęcie lekcji.

- Witam na pierwszych w tym roku zajęciach transmutacji. – zaczęła McGonagall. – Mam przyjemność uczyć krukonów i gryfonów razem, mam więc nadzieję że obędzie się bez zbędnych kłótni. Jako że będziemy przygotowywać się do owutemów, od razu zaczniemy powtórkę materiału. Dobrze, kto więc przypomni, jakie działanie ma zaklęcie Duro?

Nikt się nie zdziwił, że ręka Hermiony wystrzeliła w górę. Nie była jednak jedyna. Zgłosił się także pewien ciemnowłosy krukon.

- Słucham, panie Moon?

- Zaklęcie to zamienia przedmioty w kamień – odpowiedział chłopak. Miał przyjemny, ciepły głos.

- Bardzo dobrze, pięć punktów dla Ravenclawu. – nauczycielka uśmiechnęła się lekko. – Dzisiaj zajmiemy się tym właśnie zaklęciem. Panie Corner, proszę rozdać po klasie tamte włóczki. Waszym zadaniem będzie oczywiście przemienić je w kamień.

Kiedy tylko Hermiona dostała swoją włóczkę, rzuciła zaklęcie. Wyszło jej za pierwszym razem. Rozejrzała się po klasie. Harry szeptał pod nosem jakieś formułki, czego jedynym rezultatem były ciągłe zmiany koloru włóczki. Ron natomiast miał minę, jakby zapomniał do czego służy różdżka. Mimo że było to dość łatwe zaklęcie, i przerabiali je dość dawno, większość klasy miała przed sobą wciąż kłębki, choć niektóre były już w innym kolorze, pocięte na kawałki, porozrzucane po podłodze, a z jednej nawet się dymiło. Wzrok gryfonki zatrzymał się na owym krukonie, który wcześniej odpowiedział na pytanie nauczycielki. Jako jeden z nielicznych wykonał już poprawnie zadanie. Hermiona mogła się założyć, że nigdy wcześniej go nie widziała. Musiała jednak przyznać, że był przystojny. Kasztanowe włosy, opadające mu na twarz, odcinały się od jego jasnej cery, zgrabny nos i wąskie usta tylko dodawały mu urody. Był szczupły, ale nie chudy. Nagle chłopak odwrócił się w stronę brązowowłosej. Miał ładne, duże orzechowe oczy, w których błyszczały iskierki zaciekawienia. Miona, przyłapana na przyglądaniu mu się, natychmiast odwróciła się i rumieniąc się, wbiła wzrok w swoją kamienną włóczkę.

- Panna Granger jak zwykle prawidłowo wykonała moje zadanie – rozległ się głos profesor McGonagall. – Dziesięć punktów dla Gryffindoru. Panna Patil i pan Moon także przemienili już wełnę w kamień. Dwadzieścia punktów dla Ravenclawu.

Hermiona kątem oka zauważyła szeroki uśmiech na twarzy Padmy, a także błysk satysfakcji w oczach Moon’a. Zaintrygował ją ten chłopak. Gdyby tylko znała osobę, która wie wszystko o wszystkich… Zaraz, zaraz jest taka osoba!, w jej głowie zaświtała pewna myśl. Pansy.

 

Dwójka ślizgonów stała pod salą eliksirów i zawzięcie dyskutowała.

- Smoku, nie rozumiem, dlaczego ty ich tak traktujesz? – czarnoskóry chłopak, Blaise Zabini, potwierdzał swoje słowa zdziwioną miną. – Co oni ci  zrobili?

- To są gryfoni, Diable – Draco Malfoy podnosił głos. – Gryfoni! Czy to nie jest jasne?

- Draco, Draco, Draco – Zabini był wyraźnie zawiedziony postawą kumpla. – Gryfoni, tak? I ty musisz ich nienawidzić z zasady, prawda? Stary, te czasy się już dawno skończyły…

- Chyba nie powiesz mi że mam lubić Pottera? – przerwał mu wściekły blondyn. – Tego całego Wybrańca, wybawcę naszego świata! Albo tych zdrajców krwi, Weasleyów!

- Czyli wszystko tak naprawdę sprowadza się do Pottera, tak? – Blaise zignorował słowa o rodzinie rudzielców. – On jest gryfonem, zdrajcą krwi też byś go pewnie nazwał…

- Zabini! – ryknął wściekły Malfoy, przerywając przyjacielowi. – Tu nie chodzi o Pottera! Nie chodzi już nawet o czystość krwi!

- A Granger? – spytał cicho ciemnoskóry.

- Co Granger? – blondyn był wyraźnie zbity z tropu.

- Dlaczego jej tak nienawidzisz?

- Jest szlamą!

- Sam mówiłeś, że nie chodzi tu o czystość krwi…

- Bo nie chodzi!

- To o co?! – Blaise również zaczął krzyczeć. – Co ona ci zrobiła?! Nic!  Rozumiem, że przez Pottera miałeś mnóstwo kłopotów, a Łasic to idiota! Ale ona?

- Przecież to Granger!

- I tylko o to chodzi?

- Zabini, posłuchaj… - warknął rozwścieczony Malfoy.

- Nie, to ty posłuchaj! – czarnoskóremu puściły nerwy. – Mówisz, że nie chcesz być taki jak ojciec! A co właśnie robisz?! Jesteś taki sam jak on!

- Doigrałeś się Zabini! – ryknął blondyn.

- Przykro mi, Draco – wysyczał Blaise. – Ale ty nie możesz mi nic zrobić, nawet gdybyś chciał, a wiem że to nie prawda, bo masz świadomość, że nie kłamię. Jak już zrozumiesz swój błąd, może być jednak za późno.

Po tych słowach odwrócił się ostentacyjnie i odszedł. Draco patrzył za nim w szoku. Nie wiedział, o jaki błąd chodziło jego przyjacielowi. Nie spodziewał się też po nim takiego zachowania. W normalnych warunkach zaczęli by się rzucać najróżniejszym zaklęciami, a tu proszę, taka niespodzianka! Blaise po prostu odpuścił i zostawił blondyna z myślami.

- Pieprzony Zabini – warknął w końcu i poszedł w stronę toalet ochłonąć.

Ślizgoni nie wiedzieli, że kłótnię słyszała także brązowowłosa gryfonka.

 

Hermiona stała wpatrzona w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stali ślizgoni. Była w szoku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Zabini ją bronił. Nigdy przecież nawet z nią nie rozmawiał. Jej rozmyślania przerwało pojawienie się Severusa Snape’a. Ubrany tradycyjnie w swą czarną szatę, wpuścił uczniów do klasy.

Sala zmieniła się od czasów nauczania Slughorna, albo inaczej, powróciła do wcześniejszych klimatów. Zimna i ponura, nie napawała uczniów optymizmem. Typowe lochy, pomyślała Hermiona, przekraczając jej próg. Nim zdążyła zająć którekolwiek miejsce, Mistrz Eliksirów zabrał głos.

- Proszę dobrać się w trzyosobowe zespoły, będziecie w nich pracować do końca roku – powiedział chłodno.

Panna Granger zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciół. Już dostrzegła rudą czuprynę Rona, gdy ktoś ją zawołał.

- Hermiona – w jej stronę szła Pansy Parkinson. – Będziemy w jednej grupie?

Przez zamieszanie na korytarzu, brązowowłosa zupełnie zapomniała, że miała porozmawiać ze ślizgonką.

- Pewnie – uśmiechnęła się. – Chodźmy zająć miejsce.

Usiadły przy kociołku na samym końcu sali. Gryfonka rozejrzała się. Harry i Ron siedzieli na samym początku wraz z Deanem Thomasem, a rudowłosy rzucał jej spojrzenia pełne wyrzutów. Obok dziewczyn usiedli ślizgoni: Zabini, Crabbe i Goyle. Hermiona, która poczuła przejaw sympatii do tego ciemnoskórego ślizgona, współczuła mu towarzystwa takich bez mózgów. Do niej i do Pansy nikt się nie dosiadł. Były jednak jedynymi osobami, które nie miały w grupie trzech osób, nie bały się więc, że Snape je rozsadzi. Brązowowłosa uśmiechnęła się pod nosem na myśl o spokojnej rozmowie ze ślizgonką, lecz po chwili mina jej zrzedła. Zrozumiała, kogo nie było jeszcze w klasie. Dracona Malfoya.

 

Blondwłosy Ślizgon stał przed lustrem w męskiej toalecie. Był wściekły na przyjaciela. Nie dlatego, że na niego nawrzeszczał, tylko dlatego, że jego słowa go zraniły. Osiągnąłeś swój cel, Zabini, pomyślał. Rzeczywiście zdał sobie sprawę, że zachowywał się jak ojciec. Nienawidził Lucjusza z całego serca. Po tym co zrobił własnej rodzinie. Nie chciał być taki jak on. Ale tak się zachowujesz, Draco, szepnął mu głosik w podświadomości. Miał rację. Bez powodu nienawidził niewinne osoby. Chociaż Potter i Weasley to idioci. Jednak co tak naprawdę zrobiła mu Granger? Jedynie urodziła się wśród mugoli, a przecież nie miała na to wpływu.

Draco przemył twarz zimną wodą. Już wiedział co powinien zrobić. Jak zachować się, aby pokazać wszystkim, że nie jest potworem, takim jakim był jego ojciec. Z tą myślą wyszedł z łazienki. Skierował się prosto do Sali eliksirów. Nie chciał mieć zaległości już pierwszego dnia. Co prawda był spóźniony, ale w końcu Snape i tak nie odejmie ślizgonom punktów. Otworzył drzwi bez pukania. Widać przerwał Mistrzowi Eliksirów w pół słowa. Mówi się trudno.

- Kogo my tu mamy… - rzekł Snape jadowitym głosem. – Pan Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia punktów.

Wśród ślizgonów rozległ się jęk zawodu. Wszyscy popatrzyli na Dracona z wyrzutem. On sam za to patrzył z niedowierzaniem na opiekuna swojego domu. Pierwszy raz potraktował ślizgona na równi z gryfonami, ba, nawet gorzej od nich. To było zdecydowanie podejrzane.

- Nie wytrzeszczaj tak na mnie oczu, jakbyś zobaczył, że rozdają za darmo miotły – powiedział. Raczej szampon, mruknął pod nosem Malfoy. – I mamrocz tak, jak do ciebie mówię. Kolejne minus pięć punktów dla domu za brak szacunku do nauczyciela. A teraz siadaj. Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce.

 

Snape właśnie zaczynał tłumaczyć zadanie na dziś, kiedy do Sali wszedł Malfoy. Ten arogancki uśmieszek to ma już chyba przyklejony do twarzy, pomyślała Hermiona. Wiedziała, że spóźnienie i tak mu się upiecze, jak każdemu ślizgonowi. Modliła się w duchu, żeby Snape nie zauważył jednak wolnego miejsca u niej i Pansy. Nie chodziło już o możliwość rozmowy z czarnowłosą. Miona nie miała zamiaru wciąż słuchać obelg ślizgona.

- Kogo my tu mamy… - Snape był chyba nie w humorze. – Pan Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia punktów.

Ślizgoni wydali z siebie jęk zawodu. Gryfoni natomiast popatrzyli na Mistrza Eliksirów z niedowierzaniem.

- A to się Nietoperz wkurzył – mruknęła do Hermiony Pansy. – Chociaż akurat Malfoy’owi się należy.

Gryfonka uśmiechnęła się pod nosem na te słowa. Widać ślizgoni nie są tak solidarni, jakby się wydawało.

- Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce. – zakończył Snape.

Hermiona jęknęła cicho widząc zbliżającego się Malfoya. Jak widać, jej prośby na nic się nie zdały. Blondyn przyjrzał się im z zaciekawieniem. Najwyraźniej wciąż nie mógł zrozumieć, że ona i Pansy potrafią się dogadać. Chłopak usiadł po drugiej stronie gryfonki. Odrzucił swoje tlenione włosy z twarzy i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku. Hermiona natychmiast odwróciła wzrok i wsłuchała się w słowa Snape’a.

- Więc jak mówiłem, będziecie dziś przyrządzać veritaserum. Jak poprawnie wyjaśnił pan Potter, jest to eliksir prawdy. Jedna kropla wystarcza abyście wyśpiewali wszystko jak na spowiedzi. A więc do dzieła. Instrukcję przyrządzenia znajdziecie na stronie trzydziestej drugiej.

Hermiona otworzyła podręcznik na odpowiedniej stronie i wyczytała na głos listę składników.

- Draco, idź po nie – wydała polecenie Parkinson. Blondyn chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna uciszyła go gestem. Z naburmuszoną miną wstał i powlekł się w stronę szafek ze składnikami. – Hermiona, jak ci zleciała pierwsza lekcja?

- W porządku, McGonagall kazała nam ćwiczyć proste zaklęcie. – gryfonka uśmiechnęła się. Doszła do wniosku, że nieobecność Malfoya jest idealnym czasem na rozmowę. – Słuchaj, Pansy… Mam do ciebie pytanie. Wiesz może coś o krukonie o nazwisku Moon?

Ślizgonka uśmiechnęła się przebiegle pod nosem.

- A co, spodobał ci się?

- Nie! – brązowowłosa zaprzeczyła szybko, na co Pansy jedynie się zaśmiała. – Po prostu rzucił mi się w oczy na transmutacji, a nie mogę sobie przypomnieć, bym go wcześniej widziała.

- Bo raczej nie mogłaś zobaczyć – Pansy zamyśliła się. – Sama wiem o nim niewiele. Ma na imię Alex i jest z arystokratycznej rodziny. Chyba że chodzi o jakiś innych Moon’ów. Jest w Hogwarcie pierwszy raz, nikt nie wie dlaczego przyjęli go dopiero na siódmy rok. Podobno Tiara przydzieliła go do Ravenclawu jeszcze pod koniec wakacji. Dziewczyny w dormitorium ciągle o nim gadały. Widziałam go jedynie wczoraj na kolacji, muszę przyznać, że jest na czym oko zawiesić.

- Mówicie o mnie? – dziewczyny nie zauważyły powrotu Malfoya. – Wiem, że jestem wyjątkowo przystojny, ale nie musicie szeptać o mnie podczas mojej nieobecności.

Miona spojrzała na niego pobłażliwie.

- Ktoś ma tu chyba zbyt wysokie mniemanie o sobie – warknęła, a Pansy zachichotała.

Zaczęli pracować w skupieniu. Hermionie przypomniała się kłótnia usłyszana na korytarzu. Zdziwiła się, że ślizgon jeszcze jej nie obraził. Przecież sam powiedział, że jest tylko szlamą.

- Granger, to nie tak – spokój nie mógł trwać za długo. – Źle to kroisz. Dawaj ten nóż, bo jeszcze utniesz sobie palce.

- Oj, Malfoy, jeszcze pomyślę, że się martwisz. – sarknęła Miona.

- Martwić? O ciebie? – Draco zaśmiał się. – Dobry żart. Że niby ja miałbym się martwić o jakąś szla… gryfonkę.

Hermiona spojrzała na blondyna zaskoczona. Ponad jego ramieniem natrafiła na wzrok Zabiniego. Ciemnoskóry uśmiechał się triumfująco.

- Czyżbym dobrze usłyszała? – ciszę przerwała Pansy. – Draco Malfoy, arystokrata, nie potrafi nazwać kogoś szlamą?

- Za to tobie, Parkinson, coś za łatwo  to przychodzi jak na taką przyjaciółkę Granger – warknął na nią Draco.

- Cisza! – tuż obok nich pojawił się nagle Severus Snape. – Minus dziesięć punktów dla Slytherinu i Gryffindoru za rozmowy na moich lekcjach. Eliksir też wam nie wyszedł. Nie potraficie czytać ze zrozumieniem. Już nawet Longbootom uwarzył to lepiej od was.

Po tych słowach odszedł, łopocząc swoją czarną szatą. Hermiona posłała Malfoy’owi jadowite spojrzenie, po czym z obrażoną miną zaczęła czytać od nowa przepis na veritaserum. Żadne z tej trójki nie odezwało się już do końca lekcji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz