Nie wiem jeszcze, na kiedy wyrobię się z nowym rozdziałem, bo w tym tygodniu mam w szkole po prostu urwanie głowy (klasówki z geografii, fizyki i niemieckiego - sama czarna magia). Dlatego zostawiam Was z dość długim rozdziałem i mam nadzieję, że się spodoba :)
PROSZĘ, CZYTACIE - ZOSTAWCIE PO SOBIE JAKIŚ ŚLAD. TO JEST DLA MNIE WAŻNE, BO WIEM CZY WARTO WOGÓLE PISAĆ.
Bardzo dziękuję alokin999, której bardzo miłe komentarze pozytywnie wpłynęły na moją wenę ;3
Coś tak dużo mi to dziś zajęło, więc nie przedłużając, zapraszam do czytania :)
~~~~~~
Profesor McGonagall przybyła punktualnie pod salę
transmutacji. Wpuściła uczniów siódmego roku do środka, aby zajęli miejsca.
Hermiona usiadła między Harry’m i Ronem w pierwszej ławce. Wyjęła z torby
podręcznik i czekała na rozpoczęcie lekcji.
- Witam na pierwszych w tym roku zajęciach transmutacji. –
zaczęła McGonagall. – Mam przyjemność uczyć krukonów i gryfonów razem, mam więc
nadzieję że obędzie się bez zbędnych kłótni. Jako że będziemy przygotowywać się
do owutemów, od razu zaczniemy powtórkę materiału. Dobrze, kto więc przypomni,
jakie działanie ma zaklęcie Duro?
Nikt się nie zdziwił, że ręka Hermiony wystrzeliła w górę.
Nie była jednak jedyna. Zgłosił się także pewien ciemnowłosy krukon.
- Słucham, panie Moon?
- Zaklęcie to zamienia przedmioty w kamień – odpowiedział
chłopak. Miał przyjemny, ciepły głos.
- Bardzo dobrze, pięć punktów dla Ravenclawu. – nauczycielka
uśmiechnęła się lekko. – Dzisiaj zajmiemy się tym właśnie zaklęciem. Panie
Corner, proszę rozdać po klasie tamte włóczki. Waszym zadaniem będzie
oczywiście przemienić je w kamień.
Kiedy tylko Hermiona dostała swoją włóczkę, rzuciła
zaklęcie. Wyszło jej za pierwszym razem. Rozejrzała się po klasie. Harry
szeptał pod nosem jakieś formułki, czego jedynym rezultatem były ciągłe zmiany
koloru włóczki. Ron natomiast miał minę, jakby zapomniał do czego służy
różdżka. Mimo że było to dość łatwe zaklęcie, i przerabiali je dość dawno,
większość klasy miała przed sobą wciąż kłębki, choć niektóre były już w innym
kolorze, pocięte na kawałki, porozrzucane po podłodze, a z jednej nawet się
dymiło. Wzrok gryfonki zatrzymał się na owym krukonie, który wcześniej
odpowiedział na pytanie nauczycielki. Jako jeden z nielicznych wykonał już
poprawnie zadanie. Hermiona mogła się założyć, że nigdy wcześniej go nie
widziała. Musiała jednak przyznać, że był przystojny. Kasztanowe włosy,
opadające mu na twarz, odcinały się od jego jasnej cery, zgrabny nos i wąskie
usta tylko dodawały mu urody. Był szczupły, ale nie chudy. Nagle chłopak
odwrócił się w stronę brązowowłosej. Miał ładne, duże orzechowe oczy, w których
błyszczały iskierki zaciekawienia. Miona, przyłapana na przyglądaniu mu się,
natychmiast odwróciła się i rumieniąc się, wbiła wzrok w swoją kamienną
włóczkę.
- Panna Granger jak zwykle prawidłowo wykonała moje zadanie
– rozległ się głos profesor McGonagall. – Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Panna Patil i pan Moon także przemienili już wełnę w kamień. Dwadzieścia
punktów dla Ravenclawu.
Hermiona kątem oka zauważyła szeroki uśmiech na twarzy
Padmy, a także błysk satysfakcji w oczach Moon’a. Zaintrygował ją ten chłopak.
Gdyby tylko znała osobę, która wie wszystko o wszystkich… Zaraz, zaraz jest taka osoba!, w jej głowie zaświtała pewna myśl. Pansy.
Dwójka ślizgonów stała pod salą eliksirów i zawzięcie
dyskutowała.
- Smoku, nie rozumiem, dlaczego ty ich tak traktujesz? –
czarnoskóry chłopak, Blaise Zabini, potwierdzał swoje słowa zdziwioną miną. –
Co oni ci zrobili?
- To są gryfoni, Diable – Draco Malfoy podnosił głos. –
Gryfoni! Czy to nie jest jasne?
- Draco, Draco, Draco – Zabini był wyraźnie zawiedziony
postawą kumpla. – Gryfoni, tak? I ty musisz ich nienawidzić z zasady, prawda?
Stary, te czasy się już dawno skończyły…
- Chyba nie powiesz mi że mam lubić Pottera? – przerwał mu
wściekły blondyn. – Tego całego Wybrańca, wybawcę naszego świata! Albo tych
zdrajców krwi, Weasleyów!
- Czyli wszystko tak naprawdę sprowadza się do Pottera, tak?
– Blaise zignorował słowa o rodzinie rudzielców. – On jest gryfonem, zdrajcą
krwi też byś go pewnie nazwał…
- Zabini! – ryknął wściekły Malfoy, przerywając
przyjacielowi. – Tu nie chodzi o Pottera! Nie chodzi już nawet o czystość krwi!
- A Granger? – spytał cicho ciemnoskóry.
- Co Granger? – blondyn był wyraźnie zbity z tropu.
- Dlaczego jej tak nienawidzisz?
- Jest szlamą!
- Sam mówiłeś, że nie chodzi tu o czystość krwi…
- Bo nie chodzi!
- To o co?! – Blaise również zaczął krzyczeć. – Co ona ci
zrobiła?! Nic! Rozumiem, że przez
Pottera miałeś mnóstwo kłopotów, a Łasic to idiota! Ale ona?
- Przecież to Granger!
- I tylko o to chodzi?
- Zabini, posłuchaj… - warknął rozwścieczony Malfoy.
- Nie, to ty posłuchaj! – czarnoskóremu puściły nerwy. –
Mówisz, że nie chcesz być taki jak ojciec! A co właśnie robisz?! Jesteś taki
sam jak on!
- Doigrałeś się Zabini! – ryknął blondyn.
- Przykro mi, Draco – wysyczał Blaise. – Ale ty nie możesz
mi nic zrobić, nawet gdybyś chciał, a wiem że to nie prawda, bo masz
świadomość, że nie kłamię. Jak już zrozumiesz swój błąd, może być jednak za
późno.
Po tych słowach odwrócił się ostentacyjnie i odszedł. Draco
patrzył za nim w szoku. Nie wiedział, o jaki błąd chodziło jego przyjacielowi.
Nie spodziewał się też po nim takiego zachowania. W normalnych warunkach
zaczęli by się rzucać najróżniejszym zaklęciami, a tu proszę, taka
niespodzianka! Blaise po prostu odpuścił i zostawił blondyna z myślami.
- Pieprzony Zabini – warknął w końcu i poszedł w stronę
toalet ochłonąć.
Ślizgoni nie wiedzieli, że kłótnię słyszała także
brązowowłosa gryfonka.
Hermiona stała wpatrzona w miejsce, gdzie jeszcze przed
chwilą stali ślizgoni. Była w szoku. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Zabini ją
bronił. Nigdy przecież nawet z nią nie rozmawiał. Jej rozmyślania przerwało
pojawienie się Severusa Snape’a. Ubrany tradycyjnie w swą czarną szatę, wpuścił
uczniów do klasy.
Sala zmieniła się od czasów nauczania Slughorna, albo
inaczej, powróciła do wcześniejszych klimatów. Zimna i ponura, nie napawała
uczniów optymizmem. Typowe lochy,
pomyślała Hermiona, przekraczając jej próg. Nim zdążyła zająć którekolwiek
miejsce, Mistrz Eliksirów zabrał głos.
- Proszę dobrać się w trzyosobowe zespoły, będziecie w nich
pracować do końca roku – powiedział chłodno.
Panna Granger zaczęła szukać wzrokiem swoich przyjaciół. Już
dostrzegła rudą czuprynę Rona, gdy ktoś ją zawołał.
- Hermiona – w jej stronę szła Pansy Parkinson. – Będziemy w
jednej grupie?
Przez zamieszanie na korytarzu, brązowowłosa zupełnie
zapomniała, że miała porozmawiać ze ślizgonką.
- Pewnie – uśmiechnęła się. – Chodźmy zająć miejsce.
Usiadły przy kociołku na samym końcu sali. Gryfonka
rozejrzała się. Harry i Ron siedzieli na samym początku wraz z Deanem Thomasem,
a rudowłosy rzucał jej spojrzenia pełne wyrzutów. Obok dziewczyn usiedli
ślizgoni: Zabini, Crabbe i Goyle. Hermiona, która poczuła przejaw sympatii do
tego ciemnoskórego ślizgona, współczuła mu towarzystwa takich bez mózgów. Do
niej i do Pansy nikt się nie dosiadł. Były jednak jedynymi osobami, które nie
miały w grupie trzech osób, nie bały się więc, że Snape je rozsadzi. Brązowowłosa
uśmiechnęła się pod nosem na myśl o spokojnej rozmowie ze ślizgonką, lecz po
chwili mina jej zrzedła. Zrozumiała, kogo nie było jeszcze w klasie. Dracona
Malfoya.
Blondwłosy Ślizgon stał przed lustrem w męskiej toalecie.
Był wściekły na przyjaciela. Nie dlatego, że na niego nawrzeszczał, tylko
dlatego, że jego słowa go zraniły. Osiągnąłeś
swój cel, Zabini, pomyślał. Rzeczywiście zdał sobie sprawę, że zachowywał
się jak ojciec. Nienawidził Lucjusza z całego serca. Po tym co zrobił własnej
rodzinie. Nie chciał być taki jak on. Ale
tak się zachowujesz, Draco, szepnął mu głosik w podświadomości. Miał rację.
Bez powodu nienawidził niewinne osoby. Chociaż Potter i Weasley to idioci.
Jednak co tak naprawdę zrobiła mu Granger? Jedynie urodziła się wśród mugoli, a
przecież nie miała na to wpływu.
Draco przemył twarz zimną wodą. Już wiedział co powinien
zrobić. Jak zachować się, aby pokazać wszystkim, że nie jest potworem, takim
jakim był jego ojciec. Z tą myślą wyszedł z łazienki. Skierował się prosto do
Sali eliksirów. Nie chciał mieć zaległości już pierwszego dnia. Co prawda był
spóźniony, ale w końcu Snape i tak nie odejmie ślizgonom punktów. Otworzył
drzwi bez pukania. Widać przerwał Mistrzowi Eliksirów w pół słowa. Mówi się
trudno.
- Kogo my tu mamy… - rzekł Snape jadowitym głosem. – Pan
Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia
punktów.
Wśród ślizgonów rozległ się jęk zawodu. Wszyscy popatrzyli
na Dracona z wyrzutem. On sam za to patrzył z niedowierzaniem na opiekuna swojego
domu. Pierwszy raz potraktował ślizgona na równi z gryfonami, ba, nawet gorzej
od nich. To było zdecydowanie podejrzane.
- Nie wytrzeszczaj tak na mnie oczu, jakbyś zobaczył, że
rozdają za darmo miotły – powiedział. Raczej
szampon, mruknął pod nosem Malfoy. – I mamrocz tak, jak do ciebie mówię.
Kolejne minus pięć punktów dla domu za brak szacunku do nauczyciela. A teraz
siadaj. Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce.
Snape właśnie zaczynał tłumaczyć zadanie na dziś, kiedy do
Sali wszedł Malfoy. Ten arogancki
uśmieszek to ma już chyba przyklejony do twarzy, pomyślała Hermiona.
Wiedziała, że spóźnienie i tak mu się upiecze, jak każdemu ślizgonowi. Modliła
się w duchu, żeby Snape nie zauważył jednak wolnego miejsca u niej i Pansy. Nie
chodziło już o możliwość rozmowy z czarnowłosą. Miona nie miała zamiaru wciąż
słuchać obelg ślizgona.
- Kogo my tu mamy… - Snape był chyba nie w humorze. – Pan
Malfoy. Przez twój brak dyscypliny Slytherin właśnie stracił dwadzieścia
punktów.
Ślizgoni wydali z siebie jęk zawodu. Gryfoni natomiast
popatrzyli na Mistrza Eliksirów z niedowierzaniem.
- A to się Nietoperz wkurzył – mruknęła do Hermiony Pansy. –
Chociaż akurat Malfoy’owi się należy.
Gryfonka uśmiechnęła się pod nosem na te słowa. Widać
ślizgoni nie są tak solidarni, jakby się wydawało.
- Panna Granger i panna Parkinson mają wolne miejsce. –
zakończył Snape.
Hermiona jęknęła cicho widząc zbliżającego się Malfoya. Jak
widać, jej prośby na nic się nie zdały. Blondyn przyjrzał się im z
zaciekawieniem. Najwyraźniej wciąż nie mógł zrozumieć, że ona i Pansy potrafią
się dogadać. Chłopak usiadł po drugiej stronie gryfonki. Odrzucił swoje
tlenione włosy z twarzy i spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku. Hermiona
natychmiast odwróciła wzrok i wsłuchała się w słowa Snape’a.
- Więc jak mówiłem, będziecie dziś przyrządzać veritaserum. Jak
poprawnie wyjaśnił pan Potter, jest to eliksir prawdy. Jedna kropla wystarcza
abyście wyśpiewali wszystko jak na spowiedzi. A więc do dzieła. Instrukcję
przyrządzenia znajdziecie na stronie trzydziestej drugiej.
Hermiona otworzyła podręcznik na odpowiedniej stronie i
wyczytała na głos listę składników.
- Draco, idź po nie – wydała polecenie Parkinson. Blondyn
chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna uciszyła go gestem. Z naburmuszoną miną
wstał i powlekł się w stronę szafek ze składnikami. – Hermiona, jak ci zleciała
pierwsza lekcja?
- W porządku, McGonagall kazała nam ćwiczyć proste zaklęcie.
– gryfonka uśmiechnęła się. Doszła do wniosku, że nieobecność Malfoya jest
idealnym czasem na rozmowę. – Słuchaj, Pansy… Mam do ciebie pytanie. Wiesz może
coś o krukonie o nazwisku Moon?
Ślizgonka uśmiechnęła się przebiegle pod nosem.
- A co, spodobał ci się?
- Nie! – brązowowłosa zaprzeczyła szybko, na co Pansy
jedynie się zaśmiała. – Po prostu rzucił mi się w oczy na transmutacji, a nie
mogę sobie przypomnieć, bym go wcześniej widziała.
- Bo raczej nie mogłaś zobaczyć – Pansy zamyśliła się. –
Sama wiem o nim niewiele. Ma na imię Alex i jest z arystokratycznej rodziny.
Chyba że chodzi o jakiś innych Moon’ów. Jest w Hogwarcie pierwszy raz, nikt nie
wie dlaczego przyjęli go dopiero na siódmy rok. Podobno Tiara przydzieliła go
do Ravenclawu jeszcze pod koniec wakacji. Dziewczyny w dormitorium ciągle o nim
gadały. Widziałam go jedynie wczoraj na kolacji, muszę przyznać, że jest na
czym oko zawiesić.
- Mówicie o mnie? – dziewczyny nie zauważyły powrotu
Malfoya. – Wiem, że jestem wyjątkowo przystojny, ale nie musicie szeptać o mnie
podczas mojej nieobecności.
Miona spojrzała na niego pobłażliwie.
- Ktoś ma tu chyba zbyt wysokie mniemanie o sobie –
warknęła, a Pansy zachichotała.
Zaczęli pracować w skupieniu. Hermionie przypomniała się kłótnia
usłyszana na korytarzu. Zdziwiła się, że ślizgon jeszcze jej nie obraził.
Przecież sam powiedział, że jest tylko szlamą.
- Granger, to nie tak – spokój nie mógł trwać za długo. –
Źle to kroisz. Dawaj ten nóż, bo jeszcze utniesz sobie palce.
- Oj, Malfoy, jeszcze pomyślę, że się martwisz. – sarknęła
Miona.
- Martwić? O ciebie? – Draco zaśmiał się. – Dobry żart. Że
niby ja miałbym się martwić o jakąś szla… gryfonkę.
Hermiona spojrzała na blondyna zaskoczona. Ponad jego
ramieniem natrafiła na wzrok Zabiniego. Ciemnoskóry uśmiechał się triumfująco.
- Czyżbym dobrze usłyszała? – ciszę przerwała Pansy. – Draco
Malfoy, arystokrata, nie potrafi nazwać kogoś szlamą?
- Za to tobie, Parkinson, coś za łatwo to przychodzi jak na taką przyjaciółkę Granger
– warknął na nią Draco.
- Cisza! – tuż obok nich pojawił się nagle Severus Snape. –
Minus dziesięć punktów dla Slytherinu i Gryffindoru za rozmowy na moich
lekcjach. Eliksir też wam nie wyszedł. Nie potraficie czytać ze zrozumieniem.
Już nawet Longbootom uwarzył to lepiej od was.
Po tych słowach odszedł, łopocząc swoją czarną szatą.
Hermiona posłała Malfoy’owi jadowite spojrzenie, po czym z obrażoną miną
zaczęła czytać od nowa przepis na veritaserum. Żadne z tej trójki nie odezwało
się już do końca lekcji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz