poniedziałek, 7 października 2013

Rozdział pierwszy

Oto publikuję rozdział pierwszy, mam nadzieję, że się spodoba :)

~~

W tym roku wrzesień przywitał Londyn deszczem. Spomiędzy gęstych chmur nie wychylał się żaden promień słońca, a spadające z nieba strużki wody nie pozostawiały na nikim suchej nitki. Pogoda w żadnym stopniu nie zachęcała do opuszczenia ciepłych domów, lecz na dworcu King’s Cross, a dokładniej na peronie 9¾, narastał tłum. Niemal wszyscy z wielkim entuzjazmem szykowali się na nowy rok szkolny w Hogwarcie. Większość uczniów powtarzała nieskończoną w zeszłym roku klasę, ponieważ z powodu wojny w czarodziejskim świecie, ich nauka została brutalnie przerwana.

Jednak nie każdy był taki szczęśliwy. Na środku peronu, naprzeciwko siebie stała pewna znana hogwardzka para – wysoki piegowaty rudzielec oraz niska szatynka, najlepsi przyjaciele samego Wybrańca, Harry’ego Pottera – i zażarcie się o coś kłócili.

- Ronaldzie Weasley – krzyczała rozeźlona Hermiona. Jej oczy ciskały pioruny. – Naprawdę nie rozumiem o co ci chodzi! Dean zwyczajnie pomógł mi nieść torbę! Co w tym złego? Przecież to zwykła koleżeńska przysługa! Naprawdę nie rozumiem, gdzie ty tu widzisz problem!

- Koleżeńska przysługa? – wyprowadzony z równowagi Ron również podnosił głos. – Ach tak? Miona, on cię złapał za rękę! To nie jest zwykła koleżeńska przysługa! On chce mi ciebie zabrać!

- On jedynie wziął ode mnie bagaż! Równie dobrze TY mogłeś to zrobić, wtedy nie było by tej całej sprzeczki! Ale nie, jaśnie pan nie raczył sobie ubrudzić rączek!

Rudzielec już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, gdy zjawił się Harry Potter ze swoją dziewczyną Ginny.

- Co tu się dzieje? – zapytał natychmiast Wybraniec, widząc ze dwójka jego najlepszych przyjaciół skacze sobie do gardeł.

- Co się dzieje? – krzyczała piskliwym głosem szatynka. – Chcesz wiedzieć co się dzieje? Otóż twój przyjaciel to skończony idiota!

Po tych słowach obróciła się na pięcie i odeszła z dumnie podniesioną głową w stronę pociągu. Ron obserwował jej kroki spode łba.

- O co poszło tym razem, Ron? – zapytał znudzony Harry, jednocześnie niepokojąc się lekko. Te kłótnie zdarzały się coraz częściej i bał się, że któreś z jego przyjaciół kiedyś przesadzi, tym samym przekreślając ich związek, a zarazem przyjaźń.

- No bo Dean złapał ją za rękę, odbierając jej bagaż… - wymamrotał rudzielec.

Jego siostra zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.

-Jesteś idiotą, Ron. –prychnęła, po czym ruszyła za znikającą w wagonie przyjaciółką.

Hermiona odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem opuściła przyjaciół. Chciała z dumą wyjść z zaistniałej sytuacji, lecz tak naprawdę bardzo ją to bolało. Tego typu bezsensowne kłótnie z Ronem zdarzały się ostatnio coraz częściej i zdecydowanie nie były przyjemne. Kiedy gryfonka znalazła pierwszy lepszy wolny przedział, przestała już hamować napływające do oczu łzy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszystko się psuło. To nie był pierwszy raz, kiedy płakała przez rudzielca. Właściwie tak kończyła się ich każda kłótnia. A przecież na początku byli razem tacy szczęśliwi. Uzupełniali się wzajemnie i świetnie dogadywali. Owszem, zdarzały im się czasem drobne sprzeczki, ale zazwyczaj po ich zakończeniu śmiała się z błahości utarczki, a nie płakała po kątach. Później nadeszła wojna. Mroczna i krwawa, zebrała swoje żniwo w postaci najbliższych, a także pozostawiła rany na ciele, i znacznie poważniejsze na duszy. Właśnie po jej zakończeniu wszystko zaczęło się sypać. Ron był zazdrosny o dosłownie wszystko i starał się pilnować swoją dziewczynę na każdym kroku. Początkowo Hermiona dzielnie znosiła humory rudzielca, zwalając winę na smutek po śmierci Freda, lecz po jakimś czasie zaczęło ją to irytować. Nie znosiła gdy ktoś ją kontrolował, a nawet utrata bliskiej osoby nie tłumaczyła opryskliwego zachowania Rona. Zresztą gryfonka również zmieniła się po wojnie. Stała się bardziej waleczna i pewna siebie, a nieudana próba odnalezienia rodziców nauczyła ją samodzielności. Drobne przytyki chłopaka zamiast jak dawniej bawić, denerwowały ją. Zresztą nawet ich kłótnie o błahostki stawały się coraz poważniejsze, a słowa bardziej bolały. Praktycznie każda sprzeczka kończyła się płaczem, a gryfonka sama nie była pewna, co dokładnie czuje do rudzielca.

Nagle drzwi przedziału się otworzyły. Stanęła w nich Ginny. Widząc w jakim stanie jest jej przyjaciółka, natychmiast do niej pobiegła i przytuliła ją.

- Nie martw się, Herm, mój brat czasem jest naprawdę głupi – uspokajała ją Ruda.

- Gin, ja już nie wiem co mam myśleć – łkała szatynka. – To zdarza się coraz częściej. Ja już mam dosyć…

Zanim przyjaciółka zdążyła jej cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się ponownie. Niestety, tym razem nie było to miłe towarzystwo. Do przedziału wszedł właśnie tleniony blondyn, Draco Malfoy, razem z grupką ślizgonów.

- Kogo my tu mamy w naszym przedziale? –zapytał ze swoim zwykłym ironicznym uśmieszkiem. – O, szlama i zdrajczyni krwi. Jakie wspaniałe towarzystwo. Granger, niezłe przedstawienie rozegrałaś na peronie…

- Ogarnij się, Smoku, nie widzisz, że ona płacze? – wyszeptał z wyrzutem stojący obok niego ciemnoskóry chłopak, Zabini, szturchając kumpla łokciem.

Hermiona przez łzy spojrzała ze zdziwieniem na Blaise’a, ale po chwili jej wzrok ponownie spoczął na Malfoyu. Trzeba mu było przyznać, że przez ten rok wyprzystojniał, nie był już taki mizerny jak ostatnio. Jednak jak widać, wygląd nie szedł w parze z charakterem, ponieważ ten najwyraźniej pozostał bez zmian.

- Waszym przedziale? –wysyczała brązowowłosa gryfonka, wstając. – Jakoś wchodząc tu nie zauważyłam, by był podpisany. Zresztą my i tak już stąd wychodziłyśmy, prawda Ginny?

Ruda już otwierała usta, aby potwierdzić, jednak blondyn nie dał jej dojść do słowa.

-Jaka szkoda – rzekł z udawanym smutkiem. – Nie posiedzicie sobie tutaj z nami? Tchórzysz, Granger?

Tego już było dla dziewczyny za wiele. Jak on mógł jej, która u boku Wybrańca poszukiwała horkruksów i która walczyła dzielnie w Bitwie o Hogwart, zarzucać tchórzostwo? Jej gryfońska duma nie pozwalała odrzucić wyzwania.

- Wiesz co, Malfoy? Zmieniłam zdanie. Zostaniemy w tym przedziale, nawet jeśli będziemy musiały znieść wasze towarzystwo.

Mówiąc to, opadła z powrotem na swoje miejsce przy oknie. Po chwili ślizgoni zajęli pozostałe miejsca. Ginny rzuciła w jej stronę spojrzenie mówiące „jeszcze mi za to zapłacisz”, po czym z głębokim westchnieniem wyjęła najnowszy numer „Proroka codziennego” i oddała się jego lekturze.

-No to co, Granger, dowiem się czemu zawdzięczaliśmy to przedstawienie? – ciągnął Tleniony, pomimo oburzonego wzroku Zabiniego i znudzonych spojrzeń pozostałych ślizgonów. – Chociaż nie powiem, widok nadymającego się ze złości Wiewióra był naprawdę bezcenny…

Powoli sens jego słów przestał do niej docierać. Oparła głowę o szybę i wsłuchując się w dudnienie deszczu, poczuła, że powieki jej opadają. Poczuła nagły przypływ zmęczenia, a po chwili zmorzył ją sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz